Zwiadowczy wiedźmin

I jego logika Carricka

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!

Śmiertelny Koszmar
Rozdział 3


Wierz w czas, który trwa zawsze wiecznie
A ja zawsze tu będę
Wierz w to do końca
Nie odejdę
I nie powiem nigdy
To nie musi być przyjaciel
Możesz zatrzymać to do końca
~One Ok Rock- Clock Strikes


Przebudziłem się kilka minut przed irytującym dźwiękiem budzika i z prędkością światła anulowałem alarm. Ten sen… był taki realistyczny. Aż za bardzo. Leżąc dalej na taak wygodnym łożu spojrzałem w lustro. Wyglądałem jak zwykle, normalnie. Lecz coś mi tu nie pasowało. Czułem lekki ciężar w lewej dłoni. Zerknąłem w tamtą stronę ze zdziwieniem stwierdziłem, że w zaciśniętej pięści kurczowo ściskam srebrny scyzoryk, który na rękojeści delikatnie miał wyryty napis Skull. Nie wiedziałem co o tym myśleć. Przecież to nie mogło zdarzyć się naprawdę. Jednak świadomość realności całego wydarzenia uderzyła we mnie jak rozpędzony tir. Mogłem sobie wmawiać, że to niemożliwe, lecz to niestety zdarzyło się naprawdę. Musiałem jeszcze coś sprawdzić. Piorun… Co się z nim stało? Zanim cokolwiek zrobiłem w moje okno zastukał dziobem kruk. Na szyi miał wstążeczkę w żółtym kolorze. Niewiele myśląc wpuściłem go do środka, a ten od razu usadowił się na moim ramieniu. Na „obróżce” miał piękny napis. Oczywiście „ Piorun”. Pogłaskałem go po brzuszku, a ten zmienił się w wisiorek, ze wzlatującym ptakiem. Zawiesiłem go na szyi i poszedłem się w końcu przebrać. Przecież do szkoły prawie nago nie pójdę. Jak zwykle założyłem ciemne ubrania. Scyzoryk, a raczej kosę schowałem do kieszeni spodni. Dziś nie spotakałem po drodze mojej rodzicielki. W sumie dobrze. Nie miałem ochoty jej widzieć. Idąc do rytmu moich ulubionych piosenek dotarłem nareszcie do więzienia zwanego szkołą. Moi przyjaciele, o zgrozo, zaczynali godzinę później. Westchnąłem cierpiętniczo i ruszyłem do klasy, w której miałem pierwszą lekcję-historię. Nawet ją lubiłem. Uczył nas świetny profesor- Carrick. Był on dość niski, nawet bardzo niski, chudy niczym szkielet z Sali biologicznej, z burzą roztrzepanych, czarno-siwych włosów. Zawsze rozsiewał wokół siebie zapach kawy, miodu i dymu papierosowego. Po chwili tłum uczniów rozstąpił się by przepuścić tego groźnego na pozór mężczyznę, który na mój widok lekko się uśmiechnął. Otworzył drzwi i wpuścił do Sali całe rozgadane towarzystwo. Zająłem swoje ulubione miejsce przy oknie w przedostatniej ławcei wlepiłem w niego wzrok. On popatrzył na „ cholerne ustrojstwo” czyli komputer i odpalił e-dziennik.
-To wasza pierwsza lekcja?- spytał głębokim głosem.
- Tak panie profesorze!- pisnęła jakaś dziewczyna śliniąca się na jego widok.
Mimo że należę do tej klasy nie znam praktycznie nikogo.
- czyli muszę sprawdzić obecność…-stwierdził z niesmakiem i jednym kliknięciem zaznaczył że wszyscy są obecni.- A teraz temat lekcji. Dziś zajmiemy się wesołą wojenką 10-letnią i co z tego burdelu wynikło.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Zawsze był bardzo bezpośredni. Miał własny styl nauczania. U niego zawsze było „ Wesoły Hitlerek”, „ Wujek Stalin strzelający focha” i „ Zaraz zasadzę Ci takiego kopa w dupe że w powietrzu z głodu zemrzesz”. Słuchałem wszystkiego z zainteresowaniem i skrupulatnie notowałem jego słowa. Psor Carrick nie podawał notatek w wersji gotowej. Wymagał dużo, ale nie narzekałem. Uwielbiałem go. Nim się obejrzałem minęła cała lekcja. Zgarnąłem książki i ruszyłem do kolejnej Sali, gdzie miałem mieć lekcję polskiego z moim ulubionym profesorem- Nathanem. Był to pozytywnie zakręcony człowiek biorący przykład z Keatinga ze „ Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Był on średniego wzrostu, blady i smukły mężczyzna. Na głowie miał roztrzepane, przydługie, czarne włosy i oczy koloru piwnego. Ciągle się uśmiechał. W dolnej wardze z prawej strony miał srebrny kolczyk. Ubierał się najczęściej w przetarte, czarne, wąskie spodnie, koszulę z motywem wiedźmina i skórzaną kurtkę zasłaniającą tatuaże i liczne blizny po bójkach. Podziwiam go, że mimo tylu ran, jest zawsze pogodny, ale również nie pozwoli sobie w kaszę dmuchać. Był spokrewniony z psorem Carrickiem. Nosili nawet takie samo nazwisko. Plotki głosiły, że nauczyciel historii przygarnął pana Natha, gdy ten miał niezbyt ciekawą sytuację w domu. Nikt nie wiedział o co dokładniej chodziło. W każdej plotce jest przecież ziarno prawdy. Gdy zadzwonił dzwonek weszliśmy do Sali. Zawsze była otwarta. Zastanawiam się czy psor w ogóle stamtąd wychodził. Na nasz widok wskoczył na biurko strącając kilka papierzysk i zawołał:
- witajcie moje brzdące!
- Ach kapitanie, nasz kapitanie!- odkrzyknęliśmy radośnie.
Wszyscy go kochaliśmy. Jego po prostu nie dało się nie lubić. Zawsze miał dla każdego jakąś radę i służył pomocą. Był lepszy niż szkolny psycholog. Zeskoczył z gracją słonia z biurka i pacnął otwartą dłonią w tablicę.
- Dziś omówimy wasze nieszczęsne rozprawki i przeczytamy kilka wierszy bo nie chce mi się brać nowego tematu.
Szczery jak zawsze. Rozdał nam prace i każdemu z osobna, po cichu, dawał jakieś wskazówki i delikatnie wytykał błędy jakie popełniliśmy oraz co należało by poprawić. Dostałem 4 „ i wpierdol” czyli lekką naganę za błędy językowe. Poczochrał mnie po włosach i z okrzykiem „ płynę dalej” „popłynął” dalej. Uśmiechnałem się mimo woli. Przy tym facecie nie można się nudzić. Jakby wyczuwając „ kapitan” odwrócił się w stronę drzwi i po chwili w klasie rozległo się pukanie. Miał niezwykły szósty zmysł. Podziwiam. Po kilku sekundach do klasy wszedł znany mi już niestety chłopak mianowicie Illion. Kapitan od razu Do niego doskoczył.
- ferajna! Poznajcie nowego ucznia! Ma na imię Illion Devil. Jestem kapitanem drogi bączku. Wybierz sobie kajute.
Błagam tylko nie obok mnie… Nie… Ten tylko uśmiechnął się do mnie złowieszczo uprzednio krzywiąc na Natha i jakby odczytując moje myśli ruszył w moim kierunku.
- Usiądź z Pawłem! To tam pod ścianą! Tak będzie idealnie- Mrugnął do mnie profesor a ja szepnąłem bezgłośne „ dziękuję”.
Ten skurwiel jeszcze bardziej skrzywił swoją krzywą mordę i usiadł na wyznaczonym miejscu. Kapitan podszedł do komputera i cmoknął z niesmakiem.
- A ten idiota znów był na tyle leniwy by nie sprawdzić obecności- westchnął i przystąpił do tej znienawidzonej przez nauczycieli czynności by znów zacząć prowadzić swoją żywiołową jak zwykle lekcję.
***
Wyszedłem na długą przerwę i zacząłem szukać moich „rodziców” czyli przyjaciół. Ta parka znów gdzieś się pewnie zapodziała w którymś ze szkolnych składzików z miotłami. A ja jak zwykle nie będę miał nic do roboty przez tyle czasu. Rozejrzałem się i po chwili naprzeciw mnie wyrósł z „podziemi „ Illion z, jak zwykle, swoim wkurzającym mnie uśmiechem.
- Nudzisz się księżniczko? – nachylil się do mnie- Może się pobawimy?
Po moim ciele przeszedł nieprzyjemny dreszcz, a Skull zawibrowała w mojej kieszeni.
- Wiesz… podziękuję- Odpowiedziałem mimo ściśnietego gardła.
- Ależ dlaczego? Będzie fajnie! Uwierz!
Oj boję się nawet uwierzyć. Przełknąłem głośno ślinę i pognałem jak najszybciej w stronę szkolnych toalet. Niestety ten idiota ruszył za mną. Czułem jego oddech na karku. Jak miałem uciec?
15.05.2016 o godz. 00:05

Śmiertelny koszmar
rozdział 2

Tutaj jesteś, tak daleko
Naprawdę myślałeś, że próbuję z tobą walczyć?
Ja tylko chciałem zabrać cię jak najdalej stąd
Koszmar krwawi
Trucizna wycieka
Słyszę, jak wołasz
Krzyczysz, krzyczysz

Pod upadającym niebem
Beznadzieja, nie ma dokąd uciec
Groza jest tym razem rzeczywista
Pod upadającym niebem
Jestem pod upadającym
Upadającym niebem
~Red-Falling sky


Chodź do mnie.

Znów słyszałem je głos. Nie opierałem się. Nie miałem po co. Nie wiem skąd, ale wiedziałem czego chce. I zamierzałem jej to dać.

Bardzo dobrze Die.

Stawiałem kroki coraz szybciej. Czułem dziwne przyciąganie, wręcz euforie. To było jak toksyna, która już dawno krążyła w moim krwioobiegu. Przeczuwałem, że od zawsze byłem do tego przygotowany. Od zawsze tego chciałem. Całe moje życie zmierzało do tego. Sam zmierzałem do tego. Nieświadomie, ale jednak. Ujrzałem ją. Tym razem nie napawała mnie strachem. Była… Piękna. Przy niej musiałem wyglądać jak nędzny robak.

Przejmiesz pałeczkę Die. Będziesz kolejnym skazanym na potępienie.

Sięgnęła do mroku, z którego wyciągnęła kosę. Ostrze nie odbijało żadnego obrazu. Tylko czuste srebro zdawało się jaśnieć własnym blaskiem. Przyglądałem się broni z fascynacją. Byłem nią oczarowany. Zdawała się mnie wołać, namawiać do pójścia za sobą.

Proszę, weź ją, jest Twoja.

Wyciągnąłem w jej stronę swoje dłonie, a ona jakby sama w nie wpadła i idealnie się dopasowała. Drąg, który również był srebrny, jaki miękka gąbka dopasował się do kształtu mojego uchwytu. Całą swoją uwagę poświęciłem broni ignorując wszystko wokół.

Jestem wolna!

Dopiero teraz swoją uwagę skierowałem na kobietę. Zmieniła się. Wyglądała inaczej. Miała długie, brązowe włosy i złotawe oczy. Po szwach na ustach nie było ani śladu.

Dziękuję

Stałem tak nic nie rozumiejąc i patrząc jak odchodzi w zagęszczoną ciemność. Ocknąłem się w ostatniej chwili i krzyknąłem:

- Czekaj! Jak masz na imię ? Kim jesteś?!

Odwróciła się i uśmiechnęła pokrzepiająco.

Mam na imię Śmierć.

Po tych słowach zniknęła. Po prostu rozpłynęła się w nicości. Nie wiem co mnie do tego pchnęło, ale spojrzałem w zawieszone w ciemności lustro i przytuliłem kosę do piersi. Przybrałem jej dawny wygląd. Popielate włosy, zaszyte usta… Byłem kobietą! Nie wiem co mnie bardziej przerażało, fakt że jestem dziewczyną, czy to że spomiędzy szwów lała się krew. Chciałem krzyknąć, lecz.. no cóż.. coś umiejętnie mi w tym przeszkodziło. Podszedłem bliżej by przyjrzeć się dokładnie nowemu sobie. Powoli przestawałem się bać. Przecież nie ma czego. Zaraz wszystko się wyjaśni. W moim umyśle prawie natychmiast pojawiło się wszystko co powinienem wiedzieć. Od tej chwili miałem władzę nad ludzkimi duszami. Od mojego humoru i dobrej woli zależy to, czy człowiek zostanie na ziemi, czy zdechnie niczym nędzny kundel. Przyjrzałem się mojej pomocniczce- kosie. Nazwę ją… Skull. Zabłyszczała w moich dłoniach jakby wyczuwając moje myśli oraz jakby chciała mi powiedzieć, że od dziś, stanowimy jedno. Odwróciłem się na chwile, gdyż moja intuicja podpowiadała mi, żebym zrobił to jak najszybciej. Mój wzrok padł na szkielet wielkiego konia, z porwaną, wiszącą gdzieniegdzie skórą. Zwierzę nie poruszało się, kompletnie mnie ignorowało. Stało nieruchomo wydając co jakiś czas ciche parsknięcia i rżenie. Z niewiadomego sobie powodu ufałem mu. Wskoczyłem na jego grzbiet. Wiedziałem że należy do mnie. Razem popędziliśmy wgłąb ciemności, by razem, w trójkę, jako jedność, zniknąć za białymi drzwiami, prowadzącymi do naszego nieuniknionego przeznaczenia.

***


W pokoiku o zielonkawych ścianach paliła się tylko jedna lampka nocna. Stałem przy oknie, dalej w postaci kobiecej i wyglądałem przez nie na noc. Mój rumak, którego nazwałem Piorun, nerwowo stukał kopytami o ubitą ziemię niszcząc kwiaty w zadbanym ogrodzie. Gdy tylko dotknął jakiejkolwiek rośliny, ta usychała w tempie natychmiastowym. Posłusznie czekał aż załatwię sprawę i do niego wrócę. W końcu przeniosłem wzrok na schorowaną, blondwłosą dziewczynkę, która przyglądała mi się błękitnymi oczami pełnymi przerażenia i łez. Leżała na łóżku okryta stertą ciepłych koców. Podszedłem do niej spokojnym, powolnym krokiem i ująłem jej bladą, kruchą dłoń w swoją, tą kościstą. Po jej zaczerwienionych od gorączki policzkach spływały łzy. Zaszlochała cicho, lecz mnie to niespecjalnie ruszyło. Przyłożyłem ostrze do jej gardła i po raz ostatni zajrzałem w jej oczy, po czym sprawnym ruchem przeciąłem jej gardło, jakbym robił to od zawsze. Rozwarła oczy w zdziwieniu, by za chwilę wydać ostatnie tchnienie. Ciachnąłem powietrze, a w miejscu przecięcia pojawiły się czarne drzwi. Jej dusza podniosła się do siadu i rozejrzała zdezorientowana. Opuściła nienaruszone dla oka ludzkiego ciało, lecz ja widziałem wielkie nacięcie na jej szyi. Duszyczka miała rozprute gardło. Nawet nie mrugnąłem na ten widok. Uśmiechnąłem się upiornie i wskazałem mrok, w który miała ruszyć. Wstała i bez wahania, powolnym krokiem, przeszła przez drzwi, a ja pognałem po ciemnym niebie po kolejną, nędzną duszę.

***


Siedziałem na grzbiecie Pioruna i oglądałem całe zajście z góry. Dwa rozbite samochody stały na środku drogi, a wokół tłoczyły się karetki, radiowozy i straż pożarna. Syreny drażniły moje biedne uszy, przez to chciałem zakończyć wszystko jak najszybciej. Wokoło wszędzie było pełno karminowej krwi pomieszanej z paliwem. Na ulicy, trochę dalej od samochodów leżał mężczyzna. Nie wyglądał on zbyt dobrze. Był cały we krwi, ręce miał dziwnie wykrzywione a w przerażonej twarzy i czarnych, posklejanych posoką włosach tkwiły odłamki szkła. Widząc kątem oka biegnących doń lekarzy natychmiast znalazłem się przy nim. Tylko on mnie widział. Patrzył na mnie błagalnie. Wyczuwałem jego myśli. Modlił się o cud. Nie zamierzałem mu go dać. Gdy lekarze byli tuż tuż przeciąłem jego ciało na pół uwalniając pokiereszowaną duszę. Stanęła ona obok mnie i oglądała marne wysiłki ratowników, próbujących reanimować ciało bez duszy. Drzwi samoistnie się za nami pokazały. Przeszedłem pierwszy nie czekając na niego. Wiedziałem że ruszy za mną. Nie miał przecież innego wyboru.
03.05.2016 o godz. 00:02

Śmiertelnyt koszmar
Rozdział 1
cz. 2


Spojrzałem na ogromną budowlę i z westchnieniem ruszyłem na przód przygodzie. Nie zamierzałem przebierać butów na jakieś tam papucie. I tak nikt nie odważyłby się zwrócić mi uwagę. Od razu z szatni wszedłem na piętro i ruszyłem do Sali plastycznej. Szkolne korytarze były koloru jasno zielonego i niebieskiego. Całkiem przyjemnie. Zajęcia miały się zacząć dopiero za 10 minut, ale lubiłem mieć przez chwile całą klasę dla siebie. Wpadłem do Sali 110, która zawsze była otwarta. Moim oczom ukazały się płótna, sztalugi i farby, kredki oraz inne tego typu rzeczy. Ściany były pokolorowane na różne kolory. Jak dla mnie była to troszkę przesada. Podszedłem do mojego ulubionego miejsca w kącie i chwyciłem farby. Chwilę przyglądałem się białej powierzchni po czym zamoczyłem pędzel w czerwonej farbie. Podwinąłem rękawy bluzy odsłaniając blizny i nie przejmując się niczym zatraciłem się w malowaniu. Delikatnie pociągnąłem mym „ narzędziem" po płótnie pozostawiając krwawe linie powoli tworząc obraz mojej wyobraźni. Kolejnym kolorem była czerń, która ciągle towarzyszyła w moim życiu. Uwielbiałem ten kolor. Przypominał mi noc. Skończyłem obraz jednym, płynnym pociągnięciem pędzla i przyjrzałem mu się krytycznie. Jak na tak krótki czas był całkiem, całkiem. Przedstawiał rzekę krwi, do której wskakiwali zapłakani ludzie trawieni przez ogień.

- Piękne.

Aż podskoczyłem i odwróciłem twarz w kierunku źródła obcego, tajemniczego głosu. Obok mnie stał wysoki chłopak o ciemnych, brązowych włosach i stalowych oczach, w których obracały się, jakby zawieszone, oddzielone od siebie yin Yang, jedna połowka była w kolorze czerwonym, a druga w białym. Wyglądało to jak mały, powolny wir. Odskoczyłem trafiając plecami w ściane i odginając rękawy. Patrzył mi hardo w oczy. Przecież nikt tego nie potrafi. Clara mówiła, że za każdym razem, gdy patrzy w moje oczy, widzi swoją śmierć na różne sposoby. Gdy ucieka przed jednym, pojawia się następny i kolejny. Wierzę jej, mimo że sam nie widziałem w tych dwóch martwych kulach niczego szczególnego. Chłopak uśmiechnął się do mnie pokazując idealnie proste zęby. Nie posiadał kłów tak jak inny ludzie. Zacząłem odczuwać mały niepokój. W gardle urosła mi wielka kula. Przełknąłem głośno ślinę. Zdecydowanie za głośno.

- Witaj, jak się nazywasz mały?

- Die...- wyszeptałem.

- Ładne imię, rodzice muszą Cię naprawdę kochać. Jestem Illion.

Zacisnąłem mocno zęby przeklinając go w duchu jak najbardziej wymyślnie.

- Cóż tu robisz pseudo-artysto?

- A nie widać debilu?

- Ho ho ! Debilu ! I co jeszcze maluszku?

- Idiota, palant, cholernik, skurwiel, cham, inteligentny inaczej – zacząłem się rozkręcać.

Uniósł brew rozbawiony.

- A twoje oczy wyglądają jeszcze bardziej idiotycznie niż ty. Twoi rodzice pewnie też Cię mocno kochają skoro nazwali cię na cześć głupiego miasteczka.

W jego oczach pojawił się niebezpieczny błysk. Uniósł dłoń, a ja wyszczerzyłem się upiornie jak tylko mogłem.

- No co? Uderzysz słabszego by sobie ulżyć? Jakieś kompleksy? Tchórzysz?

Prawie natychmiast poczułem pieczenie na policzku. Moja głowa lekko odskoczyła w bok. Mi to najwidoczniej nie starczyło.

- Oh... zgadłem? No brawo! Co tak słabo rosły bydlaku bez krzty mózgu ? Może Ci pomóc?

Posypał się grad ciosów. Straciłem rachubę przy 10 uderzeniu. Moje ciało z cichym hukiem opadło na podłogę, lecz ciosy się nie skończyły. Zanim straciłem przytomność ujrzałem jeszcze jego pełne rozbawienia mi radości oczy, w których wir obracał się szybciej.

***

Gdy otworzyłem oczy pierwsze co ujrzałem to moja zakrzepłą już krew będącą wszędzie. Wzrok mi się lekko rozmazywał ale widziałem ludzi pochłoniętych malowaniem. Widocznie rozpoczęły się już zajęcia. Nauczycielka żywo coś tłumaczyła i pokazywała. Żadne z nich nie spojrzało w moją stronę. Powoli podniosłem się do pozycji stojącej sycząc cicho z bólu. Nauczycielka wyraźnie mocno się spięła i unikała mnie wzrokiem jak tylko się dało. No cóż. Podniosłem torbę i po prostu wyszedłem. I tak nikt nie zwracał na mnie uwagi. No i za niedługo będę miał lekcje. Pobiegłem do łazienki i spojrzałem w zasyfiałe lustro. Nie miałem już widocznych obrażeń. Wszystkie moje rany goiły się naprawdę szybko. Nie wiem dlaczego. Zmywałem krew i z fascynacją patrzyłem na zaróżowioną wodę. Była taka ulotna. Pojawiała się tylko na chwilę, by zaraz tak po prostu zniknąć w ściekach. Ona też przede mną uciekała. Spojrzałem w swoje odbicie. Jak ja się nienawidziłem. Wyjąłem z kieszeni mały, złożony papierek, a z niego wygrzebałem żyletkę. Otworzyłem usta i przeciąłem kącik ust zostawiając ją tam. Rana natychmiast zaczęła się goić przez co malutka przyjaciółka utknęła. Pewnie zostanie mi kolejna blizna. Wyrwałem ją i przez chwilę patrzyłem na spływającą krew, zanim wszystko skończyło moje samo uzdrawianie. Starłem karminową ciecz. Nie miałem ochoty iść na lekcje. Wyszedłem z łazienki i podreptałem do wyjścia. Właśnie trwała przerwa. Ludzie schodzili mi z drogi bojąc się choćby na mnie mrugnąć, bądź odetchnąć. Wściekły wypadłe stamtąd jak najprędzej i wróciłem do domu. Od razu położyłem się na łóżku w swoim więzieniu zwanym pokojem. Prawie od razu znalazłem ukojenie w ramionach niespokojnego snu.



Przepraszam że w dwóch cześciach ale bloblo mnie nie lubi i nie mogłam wstawić rozdziału w całości ;-; wybaczcie, błaaagaaam o wybaczenie ! xd
24.04.2016 o godz. 16:54

Śmiertelny koszmar
Rozdział 1
Cz.1


Zatrzymaj oddech i zamknij się!
Ta scena będzie waszą śmiercią.
A nie mówiłem?! Hej!
A nie mówiłem?! Hej!
Wszyscy chcą mnie dorwać!
Nic do udowodnienia tobie,
Cóż, nikt nie powstrzyma tego, co robię.
A nie mówiłem?! Hej!
A nie mówiłem?! Hej!
Bo wszyscy chcą mnie dorwać!

~Get Scared - Told Ya So


Przebudziłem się natychmiast. Chciałem krzyknąć, lecz coś nie pozwalało mi otworzyć ust. Przerażenie i panika szybko ogarnęło moje ciało. W tempie elektrycznej iskry zerwałem się z łóżka i podbiegłem do wielkiego lustra zawieszonego na ścianie. Oprócz mojego nędznego odbicia nie zauważyłem nic niepokojącego. Nazywam się Dreide. Większość mówi mi po prostu... Die... może dlatego że przypominam śmierć? Mam czarne, postrzępione włosy wpadające do błękitnych jak czyste niebo, martwych oczu. Moja cera jest koloru jasnego popiołu. Jestem wręcz chorobliwie chudy. ubrany w za dużą białą koszulkę i ze spływającą z kącików ust, przez brodę i skapującą na wystające obojczyki krew na prawdę wyglądałem jak śmierć. Musiałem sobie przygryźć język gdy spałem. Co dziwne nie czułem bólu. Starłem karminową ciecz i rozejrzałem się po ciemnym pokoju. Ściany były pokolorowane na głęboką czerń. Pod wielkim, zasłoniętym oknem, na przeciwko drzwi stało duże łóżko. Po lewej miałem małe biurko oraz gigantyczny regał z książkami. Po prawej miałem wejście do malutkiej, prywatnej łazienki. Cały mój pokój był nieduży i oddalony od innych pomieszczeń ze względu na... mój wygląd. " Rodzice" najchętniej wsadziliby tu jeszcze kuchnie, by nie musieć mnie oglądać, a najlepiej jakby mnie wcale tu nie było. Wyjąłem z szafy stojącej obok drzwi do łazienki ubrania i poszedłem sie przebrać. Założyłem czarną, za dużą bluzę, zakrywającą poranione ręce, ciemno-granatowe rurki, które na mnie wisiały i skórzane rękawiczki bez palców w kolorze ciemnego brązu. Wyszedłem z pokoju łapiąc ciemnozieloną torbę z książkami i poszedłem przez jasny korytarz, drewnianymi schodami w dół do nowoczesnej kuchni. Przy blacie kręciła się już moja " matka". Kobieta miała długie blond włosy i zielone oczy. Wyczuła mój wzrok i spojrzała na mnie z przerażeniem.

- Witaj Die.

Jak zwykle nie patrzyła mi w oczy. Skinąłem jej głową i podszedłem do blaty. Lekko się ode mnie odsunęła. Jakbym ją miał zaraz zamordować. Nie miałem jej za złe. Sam uciekałbym widząc taką kreaturę. Chwyciłem kromkę chleba i przyjrzałem się jej z bliska. Puszysty, pyszny chleebeek z chruupiąącą skorka. Skrzywiłem się i odłożyłem jedzenie.

- Nie będziesz jadł?

Pytała tylko z grzeczności, by zachować pozory matki

- Nie jestem głodny.

Wcale nie kłamałem. Na prawdę nie byłem głodny. " Matka" nie zamierzała mnie podkarmiać. Przecież dla niej najlepiej by było gdybym wyparował. Poprawiłem torbę na ramieniu i założyłem rozwalające się, czarne trampki za kostkę po czym wyszedłem z " domu". Dom. Dla mnie był to po prostu budynek, w którym na razie mieszkałem. Właśnie zaczęła się wiosna. Nienawidziłem tej pory roku. Robi się ciepło i zaczynają sie pytania co ze mną nie tak, czemu ciągle bluzy, czemu smutny i tak dalej. Wyjąłem z torby telefon i słuchawki, a juz po chwili w moich uszach rozbrzmiewały ostre dźwięki metalu. Powoli zacząłem się rozluźniać. Spojrzałem w niebo. Było błękitne, prawie bezchmurne. Puchate obłoczki zawisły nieruchomo przyglądając się małym ludziom. Ciekawe jakby smakowały chmury. Moim zdaniem była by to po prostu bezsmakowa pianka. Uśmiechnąłem się, co rzadko się zdarza i spojrzałem na drogę przede mną. Na chodniku stała zapatrzona w siebie parka. Świata poza sobą nie widzieli. Biedne obłoczki. Dziewczyna miała blond włosy sięgające pasa oraz brązowe oczy skryte za okularami. Miała na sobie za dużą, zieloną bluzę i przetarte jeansy. Clara. Moja przyjaciółka. Obok niej stał Rin. Wysoki blondyn o zielonych, wiecznie ciekawskich oczach. Znaliśmy się prawie od małego. Natychmiast oderwał się od ukochanej i biegnąc w moim kierunku rozłożył ręce na boki niczym mały samolot.

- Dreide!!!

Jako jedyni zwracali się do mnie pełnym imieniem. Po chwili zderzył się ze mną z taką siłą, że prawie wylądowałem na „miękkim" chodniku,

- Kurde sorry, hamulce już nie takie jak kiedyś.- Zaśmiał się szczerze.

Lekko, prawie nie zauważalnie uniosłem kąciki ust w górę, co można porównać do wybuchu śmiechu z mojej strony. Przyzwyczaili się do tego że mało mówię oraz że moja twarz wyraża ciągłą, głęboką obojętność. Clara pojawiła się przy nas prawie natychmiast.

- Dreide ! Nic ci nie jest?!

Zaczęła obmacywać moje ręce i żebra szukając złamań lub innych obrażeń niczym profesjonalna pielęgniarka.

- Oj kotku, nie przesadzaj, nie uderzyłem w niego tak mocno- Powiedział z uśmiechem Rin.
- Byłeś jak taran! Cud że maluszkowi nic nie jest!

Trochę mi matkowała, nie przeszkadzało mi to. Byli moją prawdziwą rodziną akceptując moje odchyły w pełni. Nie przeszkadzał im mój wygląd, ani blizny. Wyrozumiali jak prawdziwi rodzice, których z resztą nie miałem.

- Nie traktuj go jak dziecko! Jest dużym chłopcem!

- Wcale go tak nie traktuje!

Uśmiechnąłem się w duchu, choć na zewnątrz moja twarz nie zmieniła wyrazu.

- Wcale że tak!

- Nie!

- Tak!

-... W takim razie od dziś śpisz na kanapie!

Wzięła mnie za rączkę niczym przedszkolaczka i pociągnęła w kierunku szkoły. Była wyższa... i silniejsza.

- Ej no... skarbie!

Troszkę źle się poczułem widząc jak się o mnie sprzeczają. Wiedziałem jednak że są to po prostu „małżeńskie" sprzeczki i docinki, które nie zagrażają ich miłości. Jednym słowem, kochają się... ze sobą droczyć. Prowadziła mnie niczym matka małe dziecko do szkoły. Nie protestowałem. Nie opierałem się. Nie chciałem. Odpowiadało mi to. Po kilku minutach spacerku przerywanego przez ich dziecinne kłotnie dotarliśmy do szkoły. Był to wielki budynek w brudno-białym kolorze z mnóstwem klas. Chodziłem do klasy II E w naszym szanownym liceum na rozszerzoną historię, geografię i wos. Uwielbiałem te klimaty. Dodatkowo chodziłem na kółko plastyczne. Spojrzałem jak „rodzice" się oddalają. Tu musieliśmy się rozstać. Ja szedłem na plastykę a oni, mając jeszcze godzinę wolnego, poszli na „kawę" do pobliskiej, małej kawiarenki. Spojrzałem na ogromną budowlę i z westchnieniem ruszyłem na przód przygodzie.
24.04.2016 o godz. 16:52

Śmiertelny koszmar
Prolog


W śnie, z którego nikt nie może mnie wybudzić
Zapach jej skóry wciąż nawiedza moje płuca
Gdzie księżyc nigdy nie opuszcza jej oczu
Oto toast innej nieskończonej nocy
[...]
To jest mój koszmar
To jest mój koszmar!
~Get Scared - My Nightmare


Chodź do mnie.

Słyszałem kobiecy, cichy głos, który lekko drżał. Nie potrafiłem mu się oprzeć.

Chodź…


Ciemność otulała mnie jak matka małe dziecko, dając złudne poczucie bezpieczeństwa. Nie. Nie bezpieczeństwa. Niepokój. Niosła ze sobą niepokój. Uniosłem dłonie do twarzy, lecz zamiast chudych, bladych dłoni ujrzałem nic innego jak piękną czerń.

Chodź!

Głos stał się bardziej natarczywy. Wręcz władczy. Po moim kręgosłupie przeszły nieprzyjemne ciarki spowodowane strachem. Jak miałem iść, skoro zostałem zawieszony w mroku, nicości? Dałem krok w przód. Co dziwne poczułem twardy, zimny beton pod bosymi stopami, w które uwierały małe kamyczki. Było chłodno. Usłyszałem jej śmiech. Nie był zbyt przyjazny ani przyjemny. Był pusty, wyprany z emocji. Przerażający, zachęcający do ucieczki choćby na koniec świata. Moje kroki nie wydawały żadnych dźwięków. W oddali zobaczyłem nikły, rozmazany zarys białej sylwetki.

Podejdź.

Podszedłem mimo że głos rozsądku krzyczał na alarm. Na pomoc. To był chyba mój największy w życiu błąd. Zobaczyłem kobietę. Miała chudą, bladą, podłużną twarz. Popielate, długie do pasa włosy zakrywały jej jedno oko, które pewnie również jak drugie było koloru jasnoniebieskiego. I było… Martwe. Zamiast ust, warg, miała od połowy policzków wielkie rozcięcie, zaszyte grubą, brązową nicią, spomiędzy której dalej wypływała szkarłatna krew. Na jej chudej sylwetce wisiała porwana jak kartka w niszczarce, poplamiona, biała szata odsłaniająca w pewnym stopniu kościste nogi.

Witaj.

Stałem tam jak sparaliżowany. Nie czułem ust. Co gorsza nie mogłem ich otworzyć. Spojrzałem w bok i mój wzrok padł na zawieszone w nicości, lewitujące lustro. Moje wargi były zaszyte. W mym umyśle rozdarł się krzyk należący do mnie.

Nie bój się…

Dreide.


09.04.2016 o godz. 16:35

Stara-nowa miłość



Byłem już zmęczony. Moje ruchy stawały się coraz wolniejsze, a drewniany stolik cicho trzeszczał pod moim ciężarem.Obraz rozmazywał mi się przed oczami nie tylko od ciągłego wirowania ale również od wszechobecnego papierosowego dymu, odoru alkoholu i smrodu spoconych, zarzyganych, obleśnych ciał. Drewniane ściany oświetlane tylko przez płomień kominka zdawały się tańczyć ze mną. Sam nadawałem rytm głucho uderzając bosymi stopami o blat. Skąpe ubranie już dawno zaczęło się lepić do mojego ciała przez pot. Z trudem łapałem brudne powietrze drapiące i niszczące moje płuca. Obrót. Podskok. Piruet. Podskok. Zarzut. Potrzebowałem tych pieniędzy. Fala. Piruet. Zamach. Złote łańcuszki z monetami przypięte do mych kostek, bioder i nadgarstków wdzięcznie dopasowały się do egzotycznej, szybkiej muzyki dodając jej jeszcze więcej uroku. Wystukałem stopami ostatnie dźwięki i zrobiłem z wdziękiem salto po czym miękko niczym kot wylądowałem na podłodze i zalotnie zarzuciłem przydługimi, różowymi włosami oraz zakołysałem biodrami ku uciesze tych pijanych zboków. Jeden z nich miał na tyle odwagi, że klepnął mnie w tyłek na co omal nie zwróciłem skąpej kolacji. Miał szczęście, że świat jeszcze się chwiał. Posypały się brawa i zachęcające okrzyki lecz na dziś miałem dość. Poprawiłem krótką, czerwoną spódniczkę z frędzlami i bardzo krótką bluzkę tego samego koloru również z irytującymi sznureczkami. Chwiejnym krokiem ruszyłem do szynkwasu do łysego, otyłego, śliniącego się na mój widok karczmarza i poprosiłem o zapłatę. Oczywiście nie obyło się bez bezwstydnych propozycji, od której jasna krew mnie zalała. Niezbyt uprzejmie, nawet nie dziękując zgarnąłem garść złotych monet i o wiele pewniej ruszyłem do części z pokojami. Dziura jakich mało. Wszedłem do przydzielonego mi pokoju. Na przeciwko drzwi stało małe, niewygodne łóżko z zatęchłą pościelą pełną robactwa i pcheł. Na prawo od łóżka była mała szafeczka na której stała zużyta już mocno świeczka. Cud że jeszcze się paliła. Na prawej ścianie było okno, a po lewej mała skrzynia na rzeczy. Spojrzałem w pęknięte, zasyfione lustro i napotkałem zmęczone spojrzenie czerwonych oczu. Przesunąłem wzrokiem po symetrycznej, ostro zarysowanej twarzy i po lekko spiczastych uszach. Postać na policzku miała bladą, prawie niewidoczną bliznę. W demonich oczach czaiła się pogarda i obrzydzenie do samego siebie. Podszedłem do skrzyni i wyjąłem z niej torbę podróżną. Nigdy się nie rozpakowywałem. Wyjąłem brązowe spodnie jeździeckie i czarną luźną koszulę. Szybko ściągnąłem z siebie kobiece łaszki i ubrałem się w coś normalnego. Na nogi wciągnąłem długie buty z miękkiej skóry, a do pasa przypiąłem pochwę z długim sztyletem i serafickim ostrzem. Spojrzałem w lustro i związałem bladoróżowe włosy w kitkę. Dalej wyglądałem jak kobieta. No trudno. Zarzuciłem na ramiona postrzępiony, workowaty płaszcz i zabrałem w pośpiechu torbę by jak najszybciej stąd wyjść. Niestety pech chciał że trafiłem swym kruchym ciałkiem o posturze kobietki w tłuste, spocone, brudne ciało pijaczyny, który wlepiał we mnie swe ohydne, bezwstydne spojrzenie szczurzych oczu. Uśmiechnął się do mnie paskudnie pokazując żółte, zepsute zęby. Mimo woli skrzywiłem się.
- Witoj panienecko, a gdzje panienecka sie wybiera he?
Byłem już zbyt zmęczony by tłumaczyć że nie jestem kobietą. Spróbowałem go wyminąć lecz jego wielkie łapy od razu mnie złapały. Nie miałem humoru by się pieprzyć. Dosłownie i w przenośni. Dobyłem sztyletu i mocno uderzyłem dziada rękojeścią w skroń. Padł jak worek kartofli, którego przypominał, na ziemię. Aż deski zatrzeszczały. Jak zwykle musiałem wpaść w jeszcze większe kłopoty. Całe zajście widziała jedna z dziewek podających trunki i wszczęła alarm. Zerwałem się do biegu lawirując między ciałami które chciały mnie pojmać. Co to ja jestem? Wypadłem w noc. Błyskawicznie wskoczyłem na mojego siwka i pogalopowałem w las z akompaniamentem oddalających się przekleństw. Była pełnia. mimo to naprawdę mało widziałem przez gęste drzewa, których gałęzie smagały mnie po twarzy. Zatrzymałem się przy małym zbiorniku wodnym na polance i zeskoczyłem z konia puszczając go luzem, by mógł poskubać trochę rzadkiej trawy. Rozejrzałem się kilka razy upewniając się że jestem sam po czym zdjąłem ubrania i wskoczyłem do wody. Była chłodna, ale to nawet lepiej. Z uśmiechem patrzyłem jak puder schodzi z atramentowych run. Potrzebowałem tego. Rozpuściłem włosy i z westchnieniem ulgi zatopiłem się w wodzie po szyję.
- Proszę proszę, a cóż to za rusałkę spotkałem w lesie?
Aż podskoczyłem słysząc ten męski, miękki, zmysłowy głos. Powoli się odwróciłem spodziewając najgorszego. Na brzegu stał mężczyzna o intensywnie niebieskich włosach i oczach. Na jego bladych wargach błąkał się zawadiacki uśmiech. Jego rysy twarzy były łagodne ale również i stanowcze. Na sobie miał dziwny szaro-zielony płaszcz.. Przez ramie przewiesił długi, niespotykany łuk, a u pasa przypięte miał dwa noże w podwójnej pochwie. Dziwak. Przyglądał mi się rozbrajającym wzrokiem. Jedyne co zdołałem wydusić to:
- NIe jestem rusałką
- W rzeczy samej, zdążyłem zauważyć.
Przygryzłem dolną wargę zakłopotany. Miał w sobie coś takiego, że słowa więzły w gardle, a serce biło w szalonym tempie. Nie mówiąc o mózgu który krzyczał tylko... Nie ważne...
- czy.. czy mógłbyś się odwrócić?
- Mógłbym- oparł nogę na pobliskim głazie i lekko pochylił się do przodu opierając na zgiętym kolanie łokieć i ciało.- Ale nie widzę takiej potrzeby
Zawrzała we mnie wściekłość. Już miałem go opieprzyć gdy nagle dodał:
- NIe wściekaj się tak bo woda wokół ciebie zacznie się gotować
Otworzyłem kilka razy usta tylko po to by na powrót je zamknąć. Facet działał mi na nerwy lecz czułem przy nim coś dziwnego. Za dużo trochę się tego " dziwnego" zrobiło.
- Chciałbym wyjść i się ubrać
- A kto ci broni?
Skurwiel.
- Jak chciałeś sobie popatrzeć to do burdelu! Nie jestem darmową dziwką i w ogóle kobietą!
- Zauważyłem. Gdybyś był kobietą to niezła byłaby z ciebie deska.
Po tych słowach wybuchł perlistym śmiechem. Zadrżałem znów a w mojej głowie pojawiły się wymyślne tortury.
- Kim do diabła jesteś?
- Leśnym duszkiem.
- No weź..
- Co mam Ci wziąć skarbie?
- No...
Przewrócił oczami i z litości widząc moje zakłopotanie odwrócił się w strone drzew. Szybko wyszedłem z wody i założyłem dolną częśc ubrań na mokre ciało.
- To słodkie, tam też są różowe.
Odwróciłem się gwałtownie do niego i czułek jak spłonąłem rumieńcem.
- C... Co ?! Jak?! ..
- Żartowałem, nic nie widziałem, ale twoja reakcja jest jednoznaczna.
Ciskając piorunami z oczu podszedłem do niego z rozbawieniem stwierdzając że jest ode mnie o głowe niższy. - Ty...
- Shay.
Po raz kolejny mnie zamurowało.
- Co?
- Shay. Mam na imię Shay.
Tak po prostu podaje mi swoje imię wtedy kiedy ja chce go zabić? Jakaś nowa taktyka obronna? Co jest grane?
- Tho.. Triel. Jestem Triel
- Tho-Triel. Ciekawe imię
Wzniosłem oczy w góre. Idiota.
- Po prostu Triel
- Dobrze Tho-Triel. Cóż tu robisz?
- A nie było widać?
Zacząłem grać w jego własną grę. Może zostawi mnie w spokoju. Marne szanse.. na co ja liczę?
- NIe do końca księżniczko
- NIe jestem kobietą!
- Naprawdę?
Miałem ochotę go udusić. Znałem go kilka minut a już działał mi na nerwy i chciałem go zamordować jak najboleśniej. Jak tak dalej pójdzie dojdzie do rękoczynów. Ale tego co stało się chwilę po moich myślach to się nie spodziewałem. Podszedł do mnie wolnym krokiem i położył dłonie na moich ramionach, po czym wspiął się lekko na palce i bardzo delikatnie, jakby dotknęły mnie skrzydła motyla, musnął ustami moje wargi. Zamurowało mnie tak, że nie wiedziałem co mam teraz zrobić, a moje mechanizmy obronne trafił szlag. Ten musiał odczytać mój brak reakcji jako pozwolenie na dalsze działania. Przesunął koniuszkiem języka po moich ustach. NIe wiem czemu to zrobiłem, czemu olałem swoje zasady moralne ale... uchyliłem wargi, a Shay od razu zaczął ciekawie badać wnętrze moich ust z cichym pomrukiem. Stałem tam jak sparaliżowany zgadzając się na wszystko. Oddając mu się w pełni. Czułem jak po moim kręgosłupie przechodzą dreszcze. Splótł nasze języki razem i dopiero wtedy się obudziłem z transu i... Oddałem pocałunek. Smakował kawą i czymś nieznanym... Zupełnie innym. Całował zachłannie, jakby tęsknie, jakby bał się że za moment ucieknę. Po kilku sekundach trwających długo niczym godziny odsunął się ode mnie łobuzersko zahaczając zębami o moją dolną wargę. Popatrzyłem w jego nieziemskie, niebieskie oczy, w których dostrzegłem słodkie iskierki. Pragnąłem to powtórzyć, a w mojej głowie dźwięczało tylko " więcej!!!", lecz gdy się nachyliłem by złączyć nasze usta on odsunął się i spojrzał na mnie z nutą smutku i stęsknienia po czym odszedł rzucając tylko zachrypłe, ciche " do zobaczenia". Stałem tam wieki analizując co przed chwilą miało miejsce. Do zobaczenia? Przecież nigdy więcej się nie zobaczymy. Pokręciłem głową by pozbyć się odczucia jego miękkich warg sunących po mych ustach. Co się ze mną działo. Dałem sobie w twarz z rozmachem. Odsuwając myśli o nim ruszyłem na spotkanie z Lisem. Moim nowym szefem. Zapowiadało się ciekawie.

Przez miesiące, lata tajemniczy Shay nawiedzał moje sny, aż do pewnego momentu... Do momentu poznania starego-nowego Shaya...

13.03.2016 o godz. 20:42

Jej czerwone oczy patrzyły na mnie z pogarda. Nie uśmiechala się, chociaż wiedziałam, ze wykrzywione w radości wargi wyglądały by przecudnie. Proste, białe i delikatne jak śnieżny puch włosy miała rozpuszczone oraz idealnie rozczesane. A twarz, ach twarz, anioła z domieszka demona! Choć wyglądała na młodą, jej cera nabrała szarych kolorów. Długą do ziemi suknie miała w odcieniu ciemniejszym niż skóra. Przecudna... A była tylko obrazem w pracowni archeologa w Thuzal. Nie zważając na mój marny lvl postanowiłam odkryć tajemnice malowidła. Przeszukałam cały szeroki świat Margonem ( no prawie cały, gdyż wstrętne i nikczemne stwory utrudniały mi zadanie) oraz 8 stron wujka google po czym pogrążając sie w depresji z braku jakichkolwiek wskazówek i informacji zrezygnowałam po czym wlepiałam gały w najpiękniejszy obraz mrocznej elfki i elfa wiszących obok siebie jak para kochanków i tworzyłam własne, przypuszczalne historie...

Mała opowiastka na konkurs :)
Tagi: opowiastka
16.02.2016 o godz. 00:45

Pod Obcym Niebem
Rozdział 3



Kto się zorientuje, że twoja dusza całkiem zniknęła
Ta, którą sprzedałeś, żeby oszukać świat
W ten sposób straciłeś szacunek do siebie
~Seether - Fake it



A tej nocy nie było gwiazd. Nie wiem czemu zwróciłem uwagę na ten nic nie warty szczegół. Możliwe że dlatego, iż wiedziałem, że widzę te piękne zjawisko po raz ostatni. Czułem że nadchodzi mój koniec. Bałem obejrzeć się za siebie, mimo że wcześniej ciągle patrzyłem w tył do przeszłości. Zwalniałem chociaż tak bardzo chciałem oddalić od siebie odrażającego potwora i jego odrażający, ciepły oddech muskający mój kark. Nie wiem kim, a raczej czym to jest. Wiedziałem jednak, że chce mnie zabić i to mi wystarczyło by wykrzesać z siebie jeszcze iskrę energii. A tej nocy nie padał deszcz. Czerwono-niebieski, wyblakły chodnik był suchy lecz moja noga poślizgnęła się o… powietrze? Pewnie o kawałek niedojedzonego przez Mońki ludzkiego mięsa. Moja twarz została poorana przez drobne kamienie, do których nie miałem urazu. To nie ich wina. Zerknąłem w ciemne, bezgwiezdne niebo. A tej nocy nastąpił mój koniec.

***


Obudziłem się z wielkim bólem… Wszystkiego, a me kochane oczy zaatakowało niczym jadowity wąż ostre, czerwone światło. Ściany ciasnego pokoju były białe, a raczej tak mi się zdawało, gdyż w tym oświetleniu nawet ja wydawałem się być czerwony jak zdechła róża. Leżałem na łysych deskach polowego łóżka przykryty szarym, gryzącym kocem. Obok stała mała szafeczka, a na niej dumnie prężyła się butelka z wodą mineralną. Widok ten tak mi przemiły wywołał u mnie większe pragnienie, a suchy niczym piach w kuwecie język domagał się chociaż kropli. Niestety odmówiłem sobie tej przyjemności, gdyż istniała obawa, że święta ciecz może być splugawiona przez truciznę. Czułem na swojej twarzy piekące zadrapania, ale nie czułem zakrzepłej krwi. Nie miałem na sobie koszulki więc idealnie widziałem mój tors obleczony bandażami. Podniosłem się do siadu od razu tego żałując. Ból trzasnął w moje ciało niczym piorun Zeusa z błękitnego nieba pełnego amorków. Najbardziej uciążliwe pulsowanie czułem z tyłu głowy. Nie wiedziałem gdzie jestem, po co jestem, ale wiedziałem jedno… mam przerąbane. W mojej głowie już powstawał plan ucieczki. Jeżeli się nie mylę, ten budynek jest zaprojektowany tak jak inne w tym zadupiastym mieście. Wąskie korytarze pełne drzwi, gruzu, śmieci i oddechu trupa. Moje knowania zostały jednak przerwane przez głośny, pełen grozy skrzyp drzwi. Natychmiast zerwałem się na równe nogi. Moja lista błędów została w trybie ekspresowym powiększona o ten czyn. Kolana się pode mną ugięły tak, że nawet jeśli nie chciałem, musiałem usiąść, inaczej wylądowałbym na tej pięknej, czerwono-szaro-brudnej podłodze. Skuliłem się z ogarniającego mnie przerażenia gdy zobaczyłem wchodzącą z gracją niczym kot orzechowooką. Jej spojrzenie wydawało się przeglądać karty mojego umysłu bez jakiegokolwiek skrępowania. Jej głos był melodyjny, lecz z domieszką zgrzytu, jakby ktoś jeździł widelcem po talerzu.
- Tak dla jasności, wiem kim jesteś.
Kim jestem? Człowiekiem? Hybrydą człowieka stworzoną w eksperymencie Adriena? Wróżką z jagodowego lasu pełnego żelkowych misiów?
- No kim niby jestem?
- Jesiennym szpakiem, wrogiem, pchłą w sierści Gromu!
Grom… Jednostka elitarna w podobie do Jesiennych Szpaków, których eksperymenty wymknęły się spod kontroli zamieniając ludzi w potwory gorsze od Mońków, mająca jakiś uraz do Szpaków. Wpadłem.
- I co w związku z tym?
- Mogłabym Cię zabić Seryth… Ale nie taki mój cel i rozkaz…
Już wolałbym śmierć.
- Wypuszczę Cię, a ty nigdy nic nie wspomnisz o tym spotkaniu. Nic za darmo jednak mój drogi. Zdobędziesz dla nasz formułę Adriena. Tak w ramach ostrzeżenia… Jeśli spróbujesz się niechcąco zabić… Mamy sposoby utrzymania takiego delikwenta przy życiu, nie są one zbyt przyjemne.
Postanowiłem nie odpowiadać. Co by mi to dało? Pewnie dostałbym jedynie kopa w dupę z niespodzianką. Słyszałem o ich metodach i nie miałem ochoty doświadczyć ich na własnej skórze. Nie życzyłbym tego nawet najgorszemu wrogowi.
- Nie ufam Ci jednak, więc jeśli myślałeś że o tak Cię teraz wypuszczę to cóż… Niespodzianka. Przydzielę Ci kogoś kto będzie miał na Ciebie oko oraz będzie Cię prowadzić na smyczy jak głupiego psa, którym jesteś.
Dlaczego nie mogę odpowiedzieć? Postawić się jej? Dlaczego jestem głupim tchórzem, który nie potrafi odpowiedzieć pięknym za nadobne? Ona miała racje. Jestem nikim. Żyłem, lecz wewnętrznie umarłem.

***


Stałem na dworcu autobusowym i czekałem na odpowiednią godzinę. Słodki dym wypełnił moje płuca choć przyrzekłem sobie i Adrienowi, że więcej nie zapalę. Dla odstresowania oddawałem się mojej ulubionej czynności czyli po prostu wlepiałem gały w ludzi. Moje oczy zatrzymały się na młodej kobiecie stojącej niedaleko. Miała miodowe włosy sięgające drobnych ramion, częściowo skryte pod czarnym, eleganckim, niedużym kapeluszem. Jej oczy miały zielony kolor, ale nie taki szary z domieszką szarego nazwanej zielenią. Jej oczy przywoływały na myśl rozległe łąki pełne trawy tuż po deszczu. Na anielskiej twarzy miała wypisany spokój oraz lekkie zniecierpliwienie. Ubrana była w długi płaszcz koloru zgniłej zieleni sięgający za kolana . W drobnej, bladej dłoni trzymała ogromną teczkę. Mogę się założyć że były tam prace, które miała przedstawić jakiejś dobrej szkole plastycznej. Wyglądała jak prawdziwa artystka. Mógłbym się jej przyglądać całymi dniami. Niestety po kilku minutach wsiadła do wielkiego, czerwonego autobusu do Warszawy. Pewnie więcej jej nie zobaczę. Z moich fantazji wyrwał mnie dźwięk kościelnych dzwonów obwieszczający godzinę 12:00 czyli czas mojej śmierci. Ruszyłem machinalnie w stronę miejskiej biblioteki wsłuchując się w melodie „ roty” . Budynek był wielgachny, drewniany z wielkim napisem „Biblioteka” i „Restauracja”. Chętnie bym zaszedł ale jakoś nie miałem nastroju. Skręciłem w jedną z bocznych uliczek, później w kolejną, i jeszcze kolejną. Mimo że było południe w umówionym ślepym zaułku było ciemno jak w… no. Obskurne bloki sięgające nieba groziły zawaleniem. Ściany były pokryte grubą warstwą kurzu i brudu niewiadomego pochodzenia. Bojąc się o stan mojej nowej, skórzanej kurtki, bo tamtą zwinęła mi ta wredna małpa, odpuściłem sobie opieranie się o… stosunkowo wszystko co się nawinęło. Stanąłem na końcu ślepej uliczki i czekałem na zbawienie. Po kilku długich jak stulecia minutach do „pułapki na Szpaka” weszła postać w długim płaszczu, chowająca twarz w cieniu głębokiego kaptura. Nie miałem przy sobie broni, więc do mojej świadomości wkradł się wąż syczący „on cię zabije prędzej czy później”. Głos rozsądku miał niestety rację. Gdy postać stanęła tuż przede mną przed oczami błysnęła Mi stal i poczułem wielkie ukłucie oraz ból w okolicach lewego boku. Chciałem krzyknąć, lecz krzyk nie przeszedł mi przez gardło. Odruchowo sprawnym i błyskawicznym ruchem zrzuciłem kaptur oprawcy. To co zobaczyłem zaparło mi dech w piersi. Przed sobą miałem wyszczerzonego w kpiarskim wyrazie Taszlara. Po mojej skórze leniwie płynęła krew, a ostrze dalej zagłębiało się w moje ciało, lecz ja skupiłem się tylko na jego strasznych, pustych, ciemnych oczach. Zadrżałem gdy jego chłodna dłoń wślizgnęła się pod moją koszulkę. Tego było za wiele. Odepchnąłem go pogłębiając ranę ciętą w boku i rzuciłem się do ucieczki, która nie trwała zbyt długo. Po chwili wylądowałem plecami na ziemi. Łzy mimowolnie napłynęły mi do oczu dając tym satysfakcję temu potworowi. Taszlar nie bawił się ze mną w głupie gierki. Natychmiast związał moje nadgarstki i usiadł mi na biodrach. Nie krzyczałem. I tak nikt by nie usłyszał. Jego wargi zmiażdżyły moje siłą je rozchylając. Czułem się poniżony, brudny, nic nie warty. A Taszlar mógł zrobić ze mną co tylko chciał.

13.02.2016 o godz. 17:29

Zbiór szalonych myśli


Narzucają nam wiele praw, zakazów, nakazów, a później mówią że możemy wszystko, mamy być sobą, jesteśmy wolni, nie ma żadnej klatki. Prawo jest umowne, by łatwiej było władzom kontrolować bezmózgie bydło. Jest też po to by zmniejszyć ilość psychopatów, morderców, złodziei, a niestety ich przybywa, bo przecież.. zakazany owoc smakuje najlepiej, a za tak niską karę warto. Uznają nas za chodzące, podporządkowane prawu marionetki, które bezmyślnie będą się uśmiechać i żyć zgodnie z narzuconymi zasadami.

Udaję silną, a tak naprawdę jestem najsłabszym ogniwem w całym wszechświecie. Ranię ludzi by pokazać swoją abstrakcyjną siłę i twardość, oraz mądrość, której mi brak. Staję się bezsumiennym potworem chowającym uczucia przed całą społecznością.


10.02.2016 o godz. 14:04

Gdziekolwiek nie spojrzę, tam jesteś.
Gdy zamknę zaś oczy,
rysujesz mi się na powiekach.
~Mateusz Szulc


Wiersz pisany krwią

Zapach kawy i nadziei
Intensywny kolor trawy
tak mi bliski
a jednocześnie
tak mi daleki...
Oddzieliłaś nas wielokropkiem
postawiłaś krzyżyk nad " i "
i na nas
na naszych splątanych ciałach
Dreszcz na mnie się ostał
i zostanie na wieki
pożerając jak kornik
drewniane, statyczne serce
Na wyspie krwi znajdę dom
wybuduję własny kąt
lecz co mi z tego
gdy me myśli
do ciebie wiecznie lgną...

Tagi: Wiersz
10.02.2016 o godz. 13:51

Jestem zmęczony byciem tym, kim chcesz bym był
Czuję się bez wiary,
Zgubiony pod powierzchnią
Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz.
Stawiając pod presją
Chodzenia w twoich butach
~Linkin Park - Numb


***

Moje życie przypomina
zapisane karty księgi
pożółkłe ze starości
z odciskami przeszłości

Pełne kwaśnych wiśni
słodkości czerwonych truskawek
gorzkie jak czarna kawa
gorące jak płynna lawa

Zapisane czarnym tuszem
pobazgrane pawim piórem
zwiędłym kwiatem porównane
od miłości wielką ranę
posiada...

Ono
Brzmi tak podmiotowo
jak raczkujące dziecko
niesprawne
niewiedzą obarczone...



Tagi: Wiersz
27.01.2016 o godz. 20:46

Pod Obcym Niebem
Rozdział 2



Stadium arcadium
Lustro dla księżyca
Kształtuję się i przekonuję się
Do nowoczesności
Dopóki chmury nie zaczynają się zderzać

Dziwne rzeczy miały miejsce
Zarówno przed, jak i po południu
Kształtuję się i przekonuję się do
Podnoszenia sobie poprzeczki
I nie, nie mam teraz nic przeciwko zadawaniu
Pytań

Jestem sam w swoim leśnym pokoju,
A na zewnątrz szaleje burza

Nigdy nie myślałem, że mógłbym rozkwitnąć,
Ale to właśnie tutaj to zmieniam

Zrujnowane dni i sztuki stereo
Wystawiane przez całą noc dla ludzi,
Których to nie rusza,
A ja wołam

Nudne chwasty, które zradzają media,
Ale zwierzak dostaje to, czego chce,
A ja przepraszam
~Red Hot Chili Peppers - Stadium Arcadium




Biegliśmy między budynkami przepychając się przez ludzi, którzy specjalnie wyszli na ulicę by swoim krzykiem wezwać Mońki. Gonili nas całą chmarą, jak bzyczące, wściekłe osy. Czułem ich ciepły oddech na karku, który kazał mi się nie odwracać. Ścigając nas ścinali ludzi jak polne, delikatne kwiaty złotym sierpem. Liczyło się dla nich tylko złapanie nas i rozerwanie na strzępy. Lawirowaliśmy między ścianami tak kojąco szarych budynków. Kto by pomyślał że nie długo zostaną zbryzgane czerwoną farbą niewinnych ludzi. Słońce powoli, wręcz leniwie wstawało oblewając świat szaroniebieską mgłą. Z daleka można było dostrzec jakieś dziwne błyski. Oddech wiązł mi w gardle, płuca płonęły, a nogi odmawiały posłuszeństwa, mimo to wiedziałem, że nie mogę się zatrzymać. Zmuszałem się by brnąć dalej przez gęste od strachu powietrze. Nie tylko ja miałem z tym problem. Gdy byliśmy już blisko dziwnych świateł dowiedzieliśmy się skąd dochodzą. Pomiędzy plątaniną budynków stała byle jak złożona scena, na której odgrywana była amatorska sztuka teatralna. To była nasza szansa.
- Pomiędzy budynki !- Wrzasnął Adrien.
A my bez słowa wykonaliśmy rozkaz. Zatrzymaliśmy się w ślepym zaułku. Z trzech stron otaczały nas ściany z wystającymi drążkami, na których była zawieszona kotara w kolorze szarym. Nym zasłoniła nas nią szybko jakby coś nam to dało. Brakowało tylko okrzyku „ Nie ma nas!”. Ściskaliśmy kurczowo broń w dłoniach modląc się w duchu by niewypowiedziany plan dziewczyny wypalił. Krzyki mordowanych aktorzyn rozrywały mój mózg i serce. Już wolałem by to szpony rozrywały moje ciało. Mniej by bolało. Mocniej ścisnąłem sztylety i wierchem dłoni otarłem z czoła pot zmieszany z krwią. Nie musieliśmy długo czekać. Od ścian odbił się echem huk ich biegu, po czym nastała długa, gorąca cisza. Wstrzymałem oddech. Przez materiał widziałem ich zacienione, spokojne sylwetki niczym ciemne posągi na białej ścianie muzeum. Nadzieja wypełniła moje serce, gdy zorientowałem się, że odchodzą. Zgubne myślenie. Kto by się spodziewał takiego zwrotu wydarzeń… Kotara spadła na nas przygniatając wszystkich swoim ciężarem. Jeśli myślałem że piekło było wtedy… Teraz dopiero zaczął się koszmar. Zaplątani w materiał nie potrafiliśmy się obronić gdy Mońki rzuciły się na nas drąc i szarpiąc wszystko co wpadło im w ręce. Rozpierzchliśmy się na boki rzucając broń i uciekając gdzie popadnie. Zgubiłem gdzieś sztylety więc złapałem klakiera ( nieporęczny tasak z podłamaną rękojeścią) i w akcie desperacji rzuciłem się z całą siłą na wroga. Kątem oka zauważyłem Nurio przypartą do ściany przez około pięciu Mońków, którzy powoli rozrywali jej ciało na strzępy, tak jak ona swoim krzykiem rozrywała moje serce. Otwierała usta jak ryba wyciągnięta z wody ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Jej wnętrzności z głuchym plaskiem wypadły na podłogę i zostały jeszcze bardziej rozdrobnione przez szpony i zęby tych potworów. Fala mdłości ogarnęła moje ciało, musiałem odwrócić wzrok. Uznałem że jest za późno na pomoc, więc uciekłem jak ostatni tchórz, w dłoni dalej trzymając ten przeklęty tasak. Niedaleko była szkoła. Liceum. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy widząc ten budynek to- więzienie. Wielka, brudno biała, ciężka bryła. Współczuje uczniom. Bez zastanowienia wbiegłem do środka ignorując alarmujących uczniów. Minąłem ich rozglądając się uważnie. Gdzieś tu powinna być nasza baza. Nie wiem kto wpadł na ten świetny pomysł, że trzeba założyć bazę w szkole, ale jak go znajdę to go mocno przytulę. Wpadłem do klasy, która miała być zajęta przez nas, ale nie licząc łóżek i wielkiego stołu przy którym powinny siedzieć wraki ( ludzie poza kontrolą władzy) pomieszczenie było puste. Zniknęły bronie, papiery i inne ważne dla nas rzeczy. Miałem cichą nadzieję że to wszystko zabrali nasi ludzie, a nie te przeklęte Mońki. Wyszedłem stamtąd spokojnym krokiem i skierowałem się do wyjścia. Rzuciłem tasak na podłogę a całe społeczeństwo od razu się uspokoiło wracając do swoich przerwanych rozmów jakby nigdy nic. Reszta mojej kochanej grupy powinna gdzieś tu być, przecież nie rozpłynęli się w powietrzu! Kilka nauczycielek zaczepiło mnie pytając czy coś się stało i jaką mam teraz lekcję, więc na odczepnego mówiłem że matmę, najbardziej prawdopodobne.
- Seryth!
Odwróciłem się i zobaczyłem wyszczerzoną twarz Taszlara. Tylko nie to…
- Gdzie ty byłeś ?
- Tu i tam… gdzie reszta?
- Na korytarzu w piwnicy, gdzie Nurio?
-Nie udało mi się jej uratować…
Jego twarz nawet nie drgnęła pozostając wyszczerzoną maską.
-Trudno.
-Trudno? Zginęła jedna z tak wspaniałych osób!
-Trudno… Chodźmy oznajmić to reszcie.
Podszedł do mnie i delikatnie chwycił mnie za dłoń patrząc mi głęboko w oczy. Idiota. Wyszarpnąłem rękę i odsunąłem się od niego na pół metra. Jego twarz po raz pierwszy została wykrzywiona w lekkiej złości a do mojego serca wlała się mała satysfakcja. Rozejrzał się po czym brutalnie pchnął mnie na ścianę. No tego się nie spodziewałem. Jęknąłem z bólu a przed oczami zatańczyły mi gwiazdy. Kiedy udało mi się skupić wzrok zobaczyłem zbliżającą się twarz Taszlara. Krzyknąłem a raczej zaskrzeczałem nie chcąc mieć z nią bliskiego kontaktu. Dopiero po chwili zorientowałem się że mam wolne nogi więc z całej siły kopnąłem go w jego najczulsze miejsce. Reakcja była natychmiastowa. Krzyknął i schylił się, a ja korzystając z okazji kopnąłem go kolanem w brzuch i zwiałem ile sił w nogach podśmiewując się pod nosem z tego idioty. Będę miał co opowiadać moim wnukom… On po moim ataku może się wnuków nie doczekać.


***


Zastałem ich wszystkich w opłakanym stanie. Siedzieli w jednym z zakamarków ma brudnej podłodze poplamionej ich krwią i kołysali się obejmując ramionami. Nawet Mońki nie dostarczyły mi takiej porcji szoku jak ten obraz. Tylko Adrien wydawał się spokojny pośród tych przestraszonych, zdezorientowanych dzieci. Tak, dzieci, niektórzy nie mieli nawet 18 lat. Stałem jak wryty szukając w głowie jakiejś formułki pocieszającej, ale jedyne co mi przychodziło to „ przykro mi”, które nie pasowało do sytuacji. Spuściłem głowę wbijając spojrzenie w czarną od brudu kamienną podłogę piwnicy. Po chwili głos Lariny rozdarł moje uszy cichym szeptem:
- Gdzie Nurio? Została w tyle?
Próbowałem zachować kamienną minę, ale poczułem jak krzywię się z bólu, poczucia winy i rozpaczy. Nie potrafiłem być obojętny na krzywdę. Przełknąłem głośno ślinę czując wzrok zebranych ślizgający się po mnie jak obślizgły wąż.
- Nie żyje.
Zerknąłem na twarz koleżanki na której pojawiła się czysta wściekłość pomieszana z bólem.
- Żartujesz chyba…
-Bardzo mi przykro…
Pomieszczenie pełne gęstego, duszącego powietrza rozdarł krzyk, który powoli zamienił się we wrzask zranionego zwierzęcia. W ryku można było dosłyszeć również ciche łkanie Sigela, który był po uszy zakochany w Nurio. Odwróciłem się do nich plecami siłą woli powstrzymując się od zakrycia uszu dłońmi. Nic by to nie pomogło. Po mich policzkach leniwymi strumieniami zaczęły płynąć drobne łzy. Zamknąłem oczy nie chcąc patrzeć na rozgrywające się sceny, ale pod powiekami ciągle widziałem rozrywane na części ciało. Poczułem czyjąś obecność i ciepłą dłoń na ramieniu. Otworzyłem jedno oko i zobaczyłem Adriena. Nie pocieszał mnie. Wiedział, że żadne słowa nie są odpowiednie, a nieodpowiednie słowa mogą wyrządzić większe szkody niż błoga cisza. Współczucie w tej chwili to bezsensowna obietnica na lepsze jutro w tym owładniętym przez potwory świecie. Bez sensu. Moje skrzydła zwycięstwa opadły i stały się ciężkie niczym ołów. Pełne goryczy i poczucia winy. Dźwięki ucichły chociaż widziałem kątem oka jak Larina rzuca się w konwulsjach rozpaczy i wrzeszczy i płacze na przemian. Czułem jakby do moich uszu dostała się woda wyciszając wszystkie dźwięki i nie chciała się wydostać. Topiłem się, a nasiąknięte łzami skrzydła ciągnęły mnie w dół napełnionej cieczą ciemnej studni. A ja zamiast się bronić, pozwalałem na to.
-AAALAAARM!!!
Dopiero to wyrwało mnie z otępienia. Jakbym gwałtownie się wynurzył. Rozejrzałem się za bronią, którą przecież porzuciłem. Znieruchomieliśmy jak posągi pragnąć być niezauważonym. Nie było się gdzie schować. Wszystkie wszędobylskie drzwi były zamknięte na cztery spusty. Zmrużyłem oczy próbując dostrzec cokolwiek w półmroku. W naszą stronę szedł niski mężczyzna o niebieskich oczach i siwych, przerzedzonych włosach. Miał okrągłą, małą głowę i był dość… puszysty. Nie można było go nazwać grubym. Raczej… Człowiek z niewielką nadwagą. Miał na sobie czarną koszulę wetkniętą w ciemne jeansy opinające zbyt chude nogi. Na stopach miał czarne, lśniące w półmroku lakierki. Szedł pewnie bez cienia strachu patrząc każdemu z osobna w oczy. My natomiast byliśmy przerażeni jego sympatycznym uśmiechem. Zamiast wezwać Mońki widząc w dłoni Adriena broń on uniósł kąciki ust jeszcze bardziej. Mimowolnie się wzdrygnąłem.
- Znalazłem was w końcu!
Adrien spiął się gotowy odeprzeć atak, który co dziwne nie nadszedł. Zacisnąłem mocno pięści ale po następnych, szokujących słowach mężczyzny szybko je rozluźniłem.
- Nazywam się Robert. Szukałem was Jesienne szpaki odkąd tylko o was usłyszałem. Nie obawiajcie się, jestem po waszej stronie. Jestem tu by wam pomóc. Mam dla was pewną propozycję oraz.. niespodziankę.
Otworzył jedno z drzwi a naszym oczom ukazał się istny arsenał. Łuki, miecze, sztylety, pistolety i inne najnowocześniejsze bronie. Wszystko czego dusza zapragnie. Opadły nam szczęki do samej ziemi, a ja z przestrachem spojrzałem w dół czy przypadkiem nie pogubiłem zębów. Szybko się jednak otrząsnąłem. Coś tu nie grało. Facet wcale nas nie znając oferuje pomoc i broń. Takie rzeczy tylko w filmach.
-Czemu pan nam to pokazuje?- spytałem podejrzliwie.
-Rozumiem twoje podejrzenia i wątpliwości. Od lat jestem przeciwnikiem nowego rządu. Jestem założycielem Zap. Złożonego Antyrządu Polskiego.
Zamurowało mnie. Znów. Facet ma talent. Nie łatwo jest mnie i całą naszą społeczność zadziwić.
-Naprawdę?- spytał podejrzliwie Adrien z nutą kpiny w głosie.
-Oczywiście- Wyjął oryginalną wizytówkę z logiem ZAP’u- wzbijającego się do lotu białego orła na czerwonym tle.
Kto by nie słyszał o tej organizacji. Skutecznie zwalczała Mońki mając również swoje wtyki w rządzie. Kontrolowała niektóre sprawy związane z krajem i innymi tym podobnymi. Adrien uniósł brwi w pełnym zdziwieniu.
- Jaka jest cena?
-Nie ma. Zostańmy sojusznikami. Walczymy za ten sam cel.
-Zastanowię się.
-Jeśli się nie zgodzisz, będę musiał przedsięwziąć skuteczniejsze środki.
Nasz przywódca skrzywił się w bezsilnej wściekłości i gestem nakazał odwrót. Posłusznie poszliśmy za nim patrząc z utęsknieniem na magazyn z bronią.

***

- Co za… wstrętny…!
Adrien był poważnie podminowany. Przechadzał się po bazie w to i z powrotem marnując swoją złością tlen. Nie tylko pan wielki miał zły humor. Przez niespodziewaną śmierć Nurio wprowadzała do pomieszczenia grobowy nastrój. Również wahanie Adriena wpłynęło na nasze rozdrażnienie. Tylko mnie obezwładniła obojętność, która szeptała ciche modlitwy do mojego ucha. Ulegałem jej zimnym dłoniom oplatającym moje ciało. Odczuwałem wielki chłód, mimo że w pomieszczeniu było gorąco, wręcz duszno. Coś wzywało mnie na zewnątrz obiecując tak nierealne a tak osiągalne rzeczy. Wziąłem mały sztylet i schowałem go do cholewy buta, mając świadomość, że gdy dojdzie do walki on i tak na nic się nie zda. Minąłem śpiącego Rangera i czuwającego przy nim Zoltana, który kompletnie mnie nie zauważył. Z resztą tak jak inni. Cicho przemknąłem na zewnątrz. Było zimno, tak że nawet ciepły płaszcz nie dawał ochrony przed ciekawskim, zaglądającym wszędzie wiatrem. Otuliłem się bardziej materiałem i ruszyłem przed siebie. Późna jesień dawała o tej godzinie pomocne cienie, dzięki którym mogłem być niezauważony. Jak duch ogromnego miasta, czuwającego nad bezpieczeństwem mieszkańców. Przemykałem miękko i cicho pomiędzy budynkami, choć wydawało mi się, że moje myśli są na tyle głośne by obudzić nieboszczyka. Nurio. Nie musiała tak skończyć. Gdybym tylko nie stchórzył… Umarłbym razem z nią. Nie miała szans. My nie mieliśmy szans. Powinniśmy przewidzieć śmierć któregoś z członków grupy. Powinniśmy się cieszyć że zginęła tylko jedna osoba. Ale jak tu się cieszyć? Przeszłość goni mnie, biegnę przez ciemność smolistą, zatrzymującą mnie. Nie widzę nic. Słyszę tylko szepty i tupot stóp. Czuję obrzydliwy, ciepły oddech na karku i zimne palce przebiegające po moim kręgosłupie. Mimo że wiem, iż to nie jest realne, przyśpieszam. Mimo że to zrobiłem, wiem, że nie ucieknę. Coś łapie mnie za nadgarstek. Krzyczę bezgłośnie. Przecież to nie może być realne. Dreszcz przechodzi przez całe moje ciało jak iskra, elektryczność. Odwracam się i napotykam lśniące, orzechowe oczy. Próbuję połączyć fakty, ale mój mózg nie chce współpracować. Jedwabiste, długie, czarne włosy opadały falami na jej twarz. Malinowe usta rozciągnęła w rekinim uśmiechu pokazując rzędy ostrych, spiczastych zębów jak u prawdziwego rekina. Zachichotała jak malutkie dziecko, które właśnie uknuło swoją małą, niewinną, dziecięcą intrygę. Ogarnęła mnie bezwiedna panika. Zdawała się to wyczuć i zacisnęła dłoń na moim nadgarstku tak mocno, że kości cicho zatrzeszczały. W głowie echem odbił się głos, chrapliwy, przepełniony zapachem zgniłego mięsa:
-Ssssnorrrkkk….
Wysyczała postać, a jej jedna połowa twarzy zaczęła odpadać. Skóra z mlaskiem odrywała się od kości drąc suche mięśnie. Wszystko zaczęło się pokrywać fioletową, klejącą mazią wypływającą z ran o zapachu zgniłych warzyw. Czułem jak piszcząca panika ogarnia moje ciało próbując zmusić je do ucieczki. Skóra zwisała na jej podbródku machając się w przód i w tył z cichym, mlaszczącym dźwiękiem. Jedno z orzechowych oczu lekko się wygięło a ze źrenicy wyszedł wijący się, czarny robak. Dopiero wtedy moje nogi poderwały się do biegu. Uciekałem pośród ciemności i przerażających brył. Rzeczywistość zakrzywiała się tworząc dziwne, falujące obrazy. Słyszałem jej ciche, mechaniczne kroki stawiane w pośpiechu. Goniła mnie. Pierwszy raz widziałem coś takiego. Obok mojego ucha świsnął neonowy, zielony bat. A ja nie potrafiłem bardziej przyśpieszyć, targany paniką mogłem mieć tylko nadzieję, że nie może być gorzej.
16.12.2015 o godz. 10:51

Pod obcym niebem
Rozdział 1



Trzymaj się, o nie
Kto pozwolił im stanąć w drzwiach?
To tak jak dziwny pokaz
Potrząśnij tym jak zdjęciem

Nienawiść jest tylko tym co mówisz
Nie tym co masz na myśli
I ból jest tym, co jest wewnątrz mnie
Nie wtedy, kiedy krwawisz

Upadnę, upadnę
I odbiorę Ci Twój oddech
Mogliśmy zmienić to wszystko
I odebrać Ci Twój oddech

Ten gniew mnie zmienia,
To wpływa na mój punkt widzenia
Wpływa na każdą część mnie
I czyni Cię moim wrogiem

Ale kiedy to się rozpada
To tak jakby nowy początek
I nie pamiętam dlaczego
Rozerwałem to wszystko na kawałki
~Thousand foot krucht- my own enemy



- Przepraszam, czy odjechał stąd plus bus?
Zmyślona, przemarznięta dziewczyna spojrzała na mnie orzechowymi oczami, z których powoli schodziła mgła świadczącą o odpłynięciu od rzeczywistości.
- Hmm?
Inteligentne.
- Czy odjechał stąd plus bus?
- Nie wiem, na prawdę nie wiem.
Przyjechała po mnie wzrokiem, a w jej oczach coś błysnęło. Nie chciałem wiedzieć co, podziękowałem i odszedłem dalej szukając środka transportu. Spytałem jeszcze kilka osób po czym trafiłem w złe miejsce i musiałem zawrócić nieźle już wkurzony. Miałem tego dość. Wszedłem do jakiegoś sklepu z zabawkami i akcesoriami szkolnymi i spytałem o autobus.
- Hę? A tak, tak. Pan nie stąd? A od razu widać. A skąd? Jakiś dziwny akcent. Nie jeszcze nie odjechał. Za godzinkę może dwie będzie.
- Dziękuję.
Ciekawska baba. Wyszedłem znów na mróz o stanąłem niedaleko orzechowookiej, która przyglądała mi sie z zaciekawieniem, najprawdopodobniej czytając nazwy zespołów metalowych naszytych na moim plecaku. Uśmiechnęła sie do swoich myśli i po chwili zniknęła w srebrnym BMW. Westchnąłem i poprawiłem okulary o czarnych, prostokątnych oprawkach i wsadziłem zimne dłonie w kieszenie. Grupka typowych dresów podśmiewała się ze mnie chwilkę lecz szybko sie znudzili i pewnie poszli na dymka. Kilka blond kłaków zebranych w małą kitkę pod wpływem wiatru spadło mi na twarz lekko łaskocząc. Nie chciałem wystawiać choćby kawałka ciała na mróz więc zostawiłem to tak jak jest. Niebo było bezchmurne, idealnie błękitne i gładkie jak tafla lodu, który niewidzialnymi dłońmi otulił świat. Nie widziałem słońca, ale przecież było zbyt jasno jak na wieczór. To był piękny widok. Czułem, że niebo jakby oddala się ode mnie, by żadne ze skrzydeł ptaków nie przecięło delikatnego jedwabiu. Z moich rozmyślań wyrwał mnie wściekle czerwony autobus, który zatrzymał się przede mną. Bez zastanowienia wsiadłem i zająłem miejsce przy oknie, by patrzeć na poruszający sie świat. W szybie odbijała się moja twarz. Zielone oczy, wystające kości policzkowe i potocznie zwana kozia bródka. Wiele kobiet kręciło się wokół mojej orbity. Ja natomiast nie byłem zainteresowany. Widok za oknem ciągle się zmieniał, jak przyśpieszony obraz w filmie, przyprawiając mnie o lekkie zawroty głowy. Otaczały mnie przeróżne rozmowy o wszystkim i zarazem o niczym oraz tandetna muzyka " na czasie" lecąca z głośników. Podróż dłużyła mi się niemiłosiernie, tak że jak zobaczyłem mój przystanek prawie wybiegłem na zewnątrz. Wysiadłem w obcym mieście zwanym zadupiem górnym inaczej Ostrołęką. Rozejrzałem się wokół nie mając pojęcia gdzie iść. A zaczęło się powoli ściemniać. Więc jak ostatni debil wyciągnąłem mapę pośpiesznie nakreśloną zgodnie ze wskazówkami przyjaciela. Powoli przemierzałem aglomerację podziwiając rozpadające się bloki i szare od pyłu powietrze. Po chwili byłem w mniej uczęszczanej części miasta. Mały pośród starych, czarnych budowli przysłaniających niebo. Niepewnie podszedłem do drzwi oznaczonych numerem 165 i zapukałem. Usłyszałem ciężkie kroki, a później ochrypły, wrogi głos.
- Kto?
- Mała kropla w wodospadzie.
- Wielka kropla w rzece smutku.
- Naznaczona piętnem nianaog
- W której ciele krążą pluskwy
- Zżerające jej nikłe serce
- W ciele bez duszy
- Które wpadło po uszy.
Po tej dziwnej wymianie zdań nastała cisza, przerywana tylko świstem wiatru, który dostał sie w szczeliny budynków. Aż podskoczyłem znów słysząc glos:
- Teśnajes nymnajed naz nachnasientaje kównaszpa?
- Nakat - odpowiedziałem z uśmiechem.
Drzwi otworzyły sie i zostałem wciągnięty w ciemność, a moja głowa i plecy przywitały sie ze ścianą. Nie zdążyłem nawet krzyknąć gdyż moje wargi zostały zgniecione przez zachłanne usta. Nie opierałem się próbując złapać oddech pomiędzy pocałunkami. Napastnik odsunął się dopiero wtedy gdy zauważył że zaraz mnie udusi. W ciemności słychać było tylko moje ciężkie sapanie świadczące o próbie dotlenienia organizmu. Poczułem lekkie łaskotanie w policzek, a później szept, przez który moim ciałem wstrząsnął dreszcz:
- Tęskniłem.
Mój nadgarstek został zamknięty w żelaznym uścisku a mój całokształt zmuszony został do zanurzenia się w mroku. Potykałem się o meble, obijałem o ściany biegnąc na oślep. Po chwili znalazłem się w pomieszczeniu, które było oświetlone tylko przez nikły promień wpadający przez szparę w deskach, którymi zabito okna. Dało się widzieć kurz, a powietrze było nim przesycone tak, że mimowolnie zakolem zaniosłem sie kaszlem. Spojrzałem na napastnika. Miał czarne jak smoła , lekko przydługie włosy i oczy tego samego koloru ze złota, poziomą źrenicą. Skórę miał prawie białą, z widocznymi niebieskimi żyłkami. Ubrany był w szary, lekko połyskujący jak gwiazdy strój.
- Już myślałem że nie przyjdziesz.
- Było blisko.
Stanął przede mną. Był o kilka cm wyższy. Jednym płynnym ruchem pozbył się mojej kurtki, a później koszulki by przyjrzeć się moim nowym znakom. Po całym moim ciele biegły wypukłe linie tworzące dziwne, zawiłe, połączone ze sobą znaki. Znajdowały się jakby pod skóra i lekko pulsowały niczym długi, pasożytniczy robak. Skóra była lekko zaczerwieniona w miejscu nowych wypukleń. Czułem delikatny ból, jak gryzienie małego kotka , lecz nie przeszkadzał mi on. Adrien przyglądał mi się zafascynowany. Już nie długo będę wyglądać prawie jak on. Podszedł do mnie i delikatnie przejechał opuszkami palców po wypustkach, przez co poczułem jak przez moje ciało przebiega niemożliwa moc.
- Seryth… Wyglądasz wspaniale!
- Dzięki…- Odrzekłem nieco zmieszany.- Kiedy zebranie towarzystwa?
- Niedługo powinni się zjawić.
- Ilu nas jest?
- Około 13 łącznie ze mną i tobą.
- Mało – Stwierdziłem sucho lekko się krzywiąc.
- Będzie więcej.- Zapewnił z mocą.- Na pewno!
- Obyś miał rację.

***


Siedziałem na czerwonej kanapie w jasnym salonie i obserwowałem naszą paczkę potocznie zwaną jesiennymi szpakami.
Laina była naszą kochaną optymistką. Długie blond włosy zawsze miała rozpuszczone, a zielone oczy śmiały się do wszystkich. Dopiero co do nas dołączyła a już się zaklimatyzowała, chociaż na razie była bez żadnych widocznych znaków.
Zoltan to wredny, wulgarny, brodaty karzeł o czarnych włosach i niebieskich oczach, których źrenica dopiero robi się pozioma, przez co na chwilę zatrzymała się w pozycji na skos, dodając naszemu krasnoludkowi dość komicznego wyglądu. Mówił to co myślał nie owijając niczego w piękne słówka. I za to go kochamy.
Taszlara było widać z kilometrów przez jego wściekle rude włosy. Oczy miał kompletnie czarne jak głębokie dziury w polskich drogach. Każde jego zdanie, ułożenie brwi, mimika i gest wręcz ociekał ironią, która mogła by zapełnić wszystkie wody na świecie plus całą galaktykę. Niezbyt go lubiłem, ten natomiast pałał do mnie aż zbyt wielką sympatią.
Lasta była jak dla mnie drugą osobą w rankingu „ najbardziej wkurzających osób na świecie”. Czarne, długie do kolan włosy miała zawsze związane w kucyk, a zielone oczy były już w pełni przemienione, przedzielone czerwoną źrenicą. Znaki weszły jej nawet na twarz deformując ją szpetnie. Ciągle mi dogryzała z niewidomych powodów i była chorobliwie zazdrosna o Adriena. Potrafiła rzucić się nawet na Zoltana co było totalną głupotą. Czemu taka była? Niewiadomo.. Adrien to jej brat.
Rangera po prostu uwielbiam, wręcz kocham! Czarne, roztrzepane włosy, które strzyże własnym sztyletem dodają mu łobuzerskiego wyglądu, a w ciemnobrązowych oczach ledwo można zobaczyć czarną, poziomą źrenicę. Przemiana była dla niego łaskawa i znaki zostały mu tylko na torsie oraz nie były jakieś specjalnie wielkie i szpetne. Często rzuca szczerymi do bólu i sarkastycznymi uwagami, komentarzami udając zimnego drania, niestety nikogo z nas nie potrafi na to nabrać.
Nym jest naszym kochanym wesołkiem. Ciągle poprawia nam humor. W wyniku przemiany jej włosy zmieniły kolor na zgniłą zieleń, a niebieskie oczy stały się lekko kryształowe. Jest trochę niezdarna, przez co zalicza ciągłe upadki, lub tłucze szklanki, ale i tak jej nie wyrzucimy. Uwielbiamy jej optymizm, który narzuca nam z pozytywnym skutkiem.
Sigel zwany też Sigel Dobra Rada zawsze pomaga w trudnych chwilach. Nie ważne jaki masz problem czy z przemianą, czy może jakiś osobisty, on ci chętnie pomoże zachowując przy tym świętą wręcz dyskrecję jak na spowiedzi. Jest z nas najstarszy, najbardziej rosły i najbardziej barczysty. Podsumowując wielkie z niego bydle. Zielonofioletowe włosy ciągle splata w krótki, sięgający ramion warkocz, a czerwone oczy zamiast demoniczności przekazują łagodność.
Nurio jest wszędzie pełno. Gdzie się nie spojrzy tram Nurio. Wszędzie, dosłownie wszędzie widać ten różowy łeb. Pomarańczowe oczy zawierają chyba całe dobro wszechświata. Uśmiech nigdy nie schodzi jej z twarzy. Tuli wszystko co się rusza bądź nie. Raz nawet przytuliła kaktus tłumacząc że wyglądał na smutnego i bardzo zielonego. Jest chyba gorszą niezdarą od Nym, ale nadrabia to poczuciem humoru i strategicznym myśleniem.
Lam często jest mylony z kobietą. Niebieskie włosy wyglądają na wiecznie rozwiane przez co najmniej tornado, a w czerwonych oczach o zielonej źrenicy widać złość do całego świata. Nawet gdy nie trzeba, lub nie wypada, rzuca wrednymi, zbyt szczerymi uwagami na prawo i lewo pokazując swoje niezadowolenie. Ale… Bez niego było by nudno.
Anastasia zasługuje na 1 miejsce w rankingu „ Najbardziej wkurzające mnie osoby”. Ciągle przystawia się do wszystkich mężczyzn, oprócz mnie. Nie żebym był z tego powodu jakiś smutny, ale denerwuje mnie jak łasi się do Adriena. Jej znaki są cały czas niewidoczne, chociaż dawno powinny się pokazać. Niebieskie oczy dalej są takie jak były a blond kłaki nie wykazują ochoty zmiany koloru. Adrien zaczyna się zastanawiać czy ona przypadkiem nie udaje przemiany i czy przypadkiem jej nie wyrzucić. Jestem za!
Rozejrzałem się po pokoju. Czerwone fotele były porozrzucane po całym pomieszczeniu i ciągle przez nas przesuwane. Na beżowych ścianach wisiała nasza broń: sztylety, łuki, topory, noże, szpady, wachlarze rzucające ostrzami, bicze i inne dzikie węże. Każdy z naszej paczki lubił coś innego. Ja preferuję sztylety długie na przedramię i dość wąskie tak samo jak długi, cienki miecz. Adrein stanął przy zakrytym papierami stole i zaczął przemówienie:
- Słuchajcie… Musimy w końcu wyjść z ukrycia…
- Dobrze gada!- odparował Zoltan.- Grzejemy tyłki w bazach a mońki wraz z preskiem terroryzują kraj.
- No i co zrobisz jak nic nie zrobisz?- Prychnął Ranger.- No dawaj, rzuć się na kilku tysięczną armię uzbrojoną po zęby z 13 ludzi, którzy ledwo trzymają w ręku nóż.
- Chędoż się ! Jak zwykle narzekasz! Tylko to potrafisz!
- Nie narzekam tylko stwierdzam fakty!
- Zawrzyjcie paszcze!- Wrzasnął Lam.- Albo zaraz zabawię się w dentystę i „ zreperuję” wam zęby!
- Adrien i co teraz?- Spytała niewinnie Nurio.
- Nie wiem… wyjdźmy w nocy na miasto, może akurat nam się poszczęści.

***

Uzbrojeni i w miarę gotowi na wszystko a zarazem na nic szliśmy przez noc. Pośród ciemności było słychać tylko szum pędzących aut. Wszechobecne latarnie wcale nie oświetlały i nie ułatwiały nam drogi.
- Ciemno jak…
- Nie kończ.- przerwałem Zoltanowi.- Siedź cicho, zaraz ściągniesz nam na głowę mońki.
- Sam jesteś moniek.
Mońki… Monumentalny System Obrony Społeczeństwa Bezpiecznego. Ludzie z wszczepionym systemem obronnym, który nakazuje im zlikwidować każdego człowieka nie zachowującego się prawidłowo, lub posiadającego jakąś broń. Nie są zbyt delikatni. Oni po prostu niszczą doszczętnie człowieka. Zabić ich nie jest tak łatwo jak się może zdawać. Wyglądają jak zwykli ludzie, ale ich skóra jest o wiele mocniejsza, a z płytkich nacięć tryska krew, która potrafi na chwilę oślepić. Jeśli nie zdąży się ich zabić, lub uciec, rozszarpują delikwenta na drobne kawałeczki. Twarz mają kompletnie bez wyrazu, a oczy puste, jak dwie bezdenne studnie. A Społeczeństwo Bezpieczne? To po prostu wszyscy obywatele z wszczepionym drżączkiem czyli chipem, przez który są posłuszni i szczęśliwi oraz dzięki niemu mogą wysyłać alarm wzywający mońki. Nie są tego świadomi i nie pamiętają wzywania „pomocy”.
- Nie powinniśmy wychodzić w nocy… to zakazane.. pewnie jest tu pełno mońków!- Szepnęła przerażona Nurio.
- weź nie świruj! – Warknął Taszlar. – Nic się nie stanie! Wyluzuj !
Jak na zawołanie usłyszeliśmy krzyk małego chłopca. Zerwaliśmy się i pobiegliśmy w stronę wrzasku, tak, jakbyśmy robili to codziennie, a nie pierwszy raz. Każdy z nas spod ubrania wyjął broń i mocno ścisnął ją w dłoni. Byłem przerażony ale i podekscytowany. Z daleka zauważyliśmy dorosłego Mońka przypierającego do ściany przystanku małego chłopca. Ranger zdjął pakunek z pleców i wyłuskał stamtąd czarny, lekko połyskujący łuk i strzały, by następnie wysłać szybką serie we wroga. Poleciało kilka czerwonych fontann i tyle. Moniek odwrócił głowę przez co prawie zwymiotowałem. Ranger trafił go w oko przez które teraz wylewała się krew zmieszana z mózgiem. Usłyszałem jak Nurio wymiotuje. Zwiększyłem uścisk spoconych dłoni na sztyletach i pomyślałem teraz albo nigdy. Rzuciłem się z dzikim okrzykiem na mońka. Jedyny plus był taki, że to ścierwo poruszało się wolno, dopóki nie zostanie mocno zranione, więc łatwo mi było unikać jego rąk. Krew zalewała mi oczy tryskając na wszystkie strony. Jedyne co widziałem to kaskady czerwieni. Sielanka nie trwała długo. Złapał mnie błyskawicznie za nadgarstek prawie go miażdżąc, po czym rozciągnął wargi w pustym, złowrogim uśmiechu. Spojrzałem w jego bezduszne oczy i poczułem objęcia śmierci, w które tak bardzo chciałem się zatopić. Po chwili zobaczyłem błysk stali i wielki topór Zoltana wbity w przedramię mońka. Zwykły człowiek już dawno stracił by rękę, ale temu czemuś ostrze wbiło się na może jakieś dwa centymetry. Widziałem kątem oka jak krasnolud wytrzeszcza oczy ze zdziwienia, w których czaiła się myśl świadcząca o poddaniu się i końcu wszystkiego. Westchnąłem czekając na zdarzenie, które jak dla mnie było najbardziej oczywiste. Śmierć. Ale ta nie nadeszła. Reszta drużyny otrząsnęła się z pierwszego szoku i rzuciła całą grupą na wroga. Moje uszy zostały zaatakowane przez dźwięk strzelających biczów, rozrywającego mięsa, śpiewu stali, a oczy zalała rzadka, jasnoczerwona maź, która dostała się w każdy zakamarek mojego ciała. Czułem jej gorzko słodki smak w ustach, kiedy przez przypadek podczas ataku otworzyłem usta. Krzyki towarzyszy mieszały się z wrzaskami coraz szybciej poruszającego się mońka. Adrien wyjął nagle z cholewy buta długą igłę i bez zastanowienia wbił ją w szyję wroga, taż że przeszła na wylot. I wtedy stało się coś czego nikt się nie spodziewał. Mężczyzna Znieruchomiał, odetchnął głęboko i wybuchł posyłając wszędzie kaskady wnętrzności. Przetarłem wierzchem zakrwawionej dłoni zlepione oczy i rozejrzałem się. Sigel przytrzymywał włosy Nym i Nurio które chyba zwracały całe jedzenie jakie do tej pory w życiu zjadły. Zoltan próbował opatrzyć rannego w nogę Rangera, a Adrien biegał chwaląc nas na wszystkie sposoby. Ale..
- Zamknąć się wszyscy!- krzyknąłem.
Umilkli. W eterze unosił się ultradźwięk, który objawiał się cichym, skrzekliwym piskiem. Odwróciliśmy z lękiem głowy w stronę dźwięku. Mały chłopiec, którego właśnie uratowaliśmy miał okrągłe, wytrzeszczone oczy z małą, czarną kropką na środku służącą za źrenice i szeroko otwarte usta. Właśnie wysyłał alarm wzywający całą gromadę mońków...
16.12.2015 o godz. 10:49

Pod Obcym Niebem
Prolog



Przygotujcie się na nokaut (w sensie, coś powalającego)
Przygotujcie się na nokaut
Jak zareagujecie
gdy na siebie założycie (coś?)
Bo nie ma powrotu
Gdy staniecie na przeciw temu
~Thousand foot krutch- Smack down


Zatrzymajmy się wśród cieni
by zapoznac się z leśnymi
potworami kryjącymi
się pomiędzy kamieniami.

Pobiegnijmy wtem daleko
dróżką krętą, marzeń rzeką
by napotkać tam królową
jak szklany witraż cudowną.

Skradając się jak koteczek
pośrodku z winem beczek
podnosi się z klęczek
jak malutki obłoczek.

Jej długie włosy płomienne
jedwabiste, lekkie, piękne
całym sercem jej łaknę
patrząc jak ślepiec na matkę.

Podchodząc cichuteńko
oddychając przy tym lekko
jest to dla mnie wielką męką
czuję że spotkam się z klęską

Delikatnie mnie za ręce
chwyta by ulżyć w męce
by moje malutkie serce
nie ustało w kolejce

Dla niej zrobiłbym wszyściutko
sprzątnął bym ludzi cichutko
pozostawiając czyściutko
by wszystko poszło gładko

I każdy wie o tym że
ja się nigdy nie ugnę
do przodu calutki czas mknę
na kręte ścieżynki się rwę.
Tagi: Wiersz
07.11.2015 o godz. 13:02

Dziś

Zakochałem się w uczuciu
Przygniecenia do sufitu
Przyszliśmy z intencją
By zmierzyć się z przeciwnością
Stań się surowy gdy nadejdzie czas
By położyć to na linie
~Thousand foot krutch - fire it up


Kolejna minuta to tylko
kropla w strumieniu czasu...

Jesteśmy tylko liczbą
w " demokratycznym" systemie państwa...

Wszechwiedzący Bóg
wyparty przez wszechwidzące media...

Rozłożyste dęby
zamienione w kwiaty z kamienia...

Indywidualne myślenie
zalane przez jednakowe poglądy...

W dzisiejszym świecie
Dziwakiem mnie zwą
przez to że mam
zawsze zdanie własne
Że mam
Odwagę mówić o ogarniającym świat złu
że mam
że mam siebie...
Tagi: wiersz
19.09.2015 o godz. 19:11

Mieszkanie


"Teraz jestem inny
oni mnie zmienili
Jednak nadal uważam
że istnieje zbyt wielu ludzi
nie mogę ich znieść
Oni torturują mnie żartami
Jednak największym złem pośród dźwięków
są uderzenia ich serc"
~ Rammstein-Halt


Śmierć mieszkająca we mnie
ma czerwone oczy...
Pełne krwi
Twojej krwi...

Śmierć mieszkająca we mnie
ma błękitne wargi...
Jak niebo
Nad Twoją głową...

Śmierć mieszkająca we mnie
ma czerwone włosy...
Jak ogień
Łapczywie pożerający Twoje ciało...

Śmierć mieszkająca we mnie
ma zielone palce...
Jak trawa
Zdeptana przez Twoje stopy...

Śmierć mieszkająca we mnie
ma brązowy brzuch...
Jak konar drzewa
zasianego w Twoim życiu...

Śmierć mieszkająca we mnie
ma różowe lica...
Jak róża
Kłująca Twój byt...

śmierć mieszkająca we mnie
Jest Twoją duszą...
Która rozrywa serce...
Moje serce...



Tagi: Wiersz
05.09.2015 o godz. 10:04

Kosz pełen emocji


„Moja Anastazjo, Anastazjo
Być może jest to nasze ostatnie pożegnanie
Nie jesteś w stanie mnie ocalić
Tej nocy na mych dłoniach jest krew”
~Slash- Anastasia


Twoje oczy
Kryją w sobie malutkie diamenty
Lśniące jak łzy poranka

Ta miłość
Wybucha jak fajerwerk
Odurzając zmysły narkotykiem

To serce
Widzę przez ciało
Bo lśni jak pierwsza gwiazda

Chciałbym...
Dostać brudne skrzydła
I polecieć do ciebie
mimo przeciwności

Moje nic
Nie warte życie
Chce oddać tylko tobie

Bo Twoje...
Sumienie przekazało
Mi twą dobroć wlaną do serca
Mojego serca...


Tagi: Wiersz
26.08.2015 o godz. 15:31

Kiedy nie mogę kochać

Ty i ja
równowaga ciał,
ukrywana miłość...
przynajmiej po jednej stronie

Ty i ja
plątanina dusz,
wielkie pożadanie...
przynajmniej po jednej stronie

Ty i ja
ukrywana namietność,
chęć palącego dotyku...
przynajmniej po jednej stronie

ty..
słodka jak przekwitła grusza,
jak miód dodany do kawy...
cudowna...

ja...
samotny jak kamień w bitewnym polu,
trzymający wielka tajemnice...
milości do twego serca

daj mi klucz
otwórz swoją dusze!
pokaż że ty tez cos czujesz!
skoncz moje katusze

ja...
plone...
Tagi: wiersz
18.08.2015 o godz. 22:09

Druga strona ostrza
Rozdział 1



23 listopada 2001- biuro detektywistyczne w Araluen


Siedziałem sobie i popijałem kawkę w swoim ukochanym gabinecie gdy nagle bez pukania wpadł do mnie pewien chłopak. Szatyn. Błękitne oczy. Dość wysoki, na moje oko 190 cm wzwyż. Rysy twarzy dość dziewczęce. Ubrany w garnitur. Tadadada ! Poznajcie mojego współpracownika idiotę- Angela.
- Devil! Burmistrz nie żyje! Z całą rodziną! Zostali zamordowani!- Wykrzyczał podekscytowany nową zagadką.
Przewróciłem oczami. Woow, już mam rozpaczać że te grube skompiradło w końcu zdechło? Niechętnie podniosłem swoje siedzisko z wygodnego krzesła obrotowego, dopiłem kawę i z oparcia zdjąłem swój czarny płaszcz zarzucając go na ramiona. Podszedłem do tego czegoś i zadarłem głowę. Był ode mnie wyższy o jakieś 25 cm.
- Angel złotko... Czy nasza ukochana policja znów wykazała się wielką mądrością i nie zrobiła nic a nic?
- Noo..
To mi wystarczyło. Ze znudzonym wyrazem twarzy pokazałem mu żeby prowadził. Z wielkim niezadowoleniem opuściłem swój czyściutki, kochany, luksusowy domeczek i podreptałem za olbrzymem do srebrnej audicy. Usiadłem na miejscu pasażera i przeżegnałem się w duchu. Czeka mnie podróż z idiotą za kierownicą. Wsiadł w końcu do samochodu i odpalił silnik. Ze zniecierpliwieniem wypisanym na twarzy patrzyłem przez okno na mijane budynki oblepione reklamami. Jest to dość spore miasto pełne kamienic i wszechobecnego pyłu. Niestety jest troszkę bardzo zacofane. Nienawidzę tego miejsca. Ach. Tak bardzo podobała mi się cisza przerywana przez szum pędzącego samochodu, lecz niestety jakiś idiota postanowił to przerwać.
- Mogę Ci zadać pytanie?
- Już to zrobiłeś.
Kątem oka zobaczyłem jak przygryzł dolną wargę ze zdenerwowania i zakłopotania.
- A mogę zadać dwa?
- Też już to zrobiłeś.
Pacanie.
- No weź... Bo tak sobie myślałem...
- To nie ty tu jesteś od myślenia, to zbyt niebezpieczne zajęcie dla Ciebie. Tak zajmę się tą sprawą, bo jak mniemam o to chciałeś zapytać.
- Tak... Skąd wiedziałeś?
- Jestem jasnowidzem.
I na tym skończyłem rozmowę. Niestety dzieciak nie potrafił wyczuć tego, że mam dość jego paplaniny i dalej o czymś nawijał. Na szczęście nauczyłem się " wyłączać" i ignorować go.

Dom burmistrza


Budynek z zewnątrz wyglądał naprawdę imponująco. Wielki prostopadłościan o piaskowym kolorze z mnóstwem okien, balkonów i kolumn. Normalnie Francja elegancja. Prychnąłem cicho i zignorowałem pytające spojrzenie bachora, po czym mając w głębokim poważaniu taśmy policyjne i ostrzeżenia tych smerfów wlazłem do środka. Rozejrzałem się po długim holu o kolorze bordowym i rozpocząłem skanowanie. Figurka anioła ustawiona bokiem pokryta kurzem. Do ostrzału. Komoda z listami. Później przejrzę. Płaszcze, kurtki spokojnie wiszące na haczykach. Pudło. Dywan z frędzlami o niezidentyfikowanym kolorze lekko przesunięty . Bingo. 100 punktów na konto pana " jestem najlepszym detektywem". Podążyłem wzrokiem po linii przesunięcia i natrafiłem na drzwi do kuchni. Szybkim krokiem wszedłem do pomieszczenia i rozejrzałem się. Wszystkie sprzęty najnowsze, błyszczące, drogie. Przekrzywiłem głowę. Pasowały by do mojej kuchni. Ściany były koloru kremowożółtobrązowego. Błe. Na gigantycznym, drewnianym stole leżała pusta butelka po wodzie. Westchnąłem i cofnąłem się wpadając na tego idiotę. Warknąłem tylko że ma zabrać butelkę do analizy i ruszyłem schodami na górę. Już miałem wejść do jakiegoś pokoju gdy nagle coś złapało mnie za nadgarstek. Obejrzałem się i zobaczyłem wielkiego, tłustego, spoconego policjanta o przetłuszczonych blond włosach i głęboko osadzonych czarnych oczach wyrażających kompletną tępotę. Z obrzydzeniem wyrwałem rękę i warknąłem.
- Czego?
- Tam nie wolno wchodzić.
Spoko, zrobię to szybko.
- Mam to w d...
Przerwałem gdy mój wzrok przyciągnęło otwarte okno w jednym z pokoi. Pobiegłem w tamtą stronę i przyjrzałem się szybie. Żadnych śladów. Mistrz. Wskoczyłem na parapet i wyjrzałem na zewnątrz. Przejechałem wzdłuż ściany i zobaczyłem prawie niewidoczne ślady butów. Tu cię mam tu cię mam. Przyjrzał bym się bardziej dowodom gdyby nie spocone łapska zaciskające się na moich biodrach ciągnące mnie w dół. Policjant oplótł mnie ramionami w pasie i dosłownie wyniósł trzymając mnie pod pachą . Nic nie dały moje krzyki, groźby i ciosy. Debil wyrzucił mnie z pokoju. Nieźle wkurzony poprawiłem płaszcz i już miałem nawrzeszczeć na policjanta gdy napotkałem zdezorientowaną twarz Angela. Westchnąłem i spytałem:
- Jak zginęli? Masz coś?
- Wszyscy zostali zamordowani tą samą bronią, podejrzewam że to był sztylet. Butelka wody w kuchni została wysłana do laboratorium, podejrzewam że zabójca z niej korzystał, a pod jedną ze ścian znalazłem długą linę.
Zastanówmy się zatem. Zabójca wszedł przez okno, zamordował całą rodzinkę i wpadł do kuchni by się napić jak gdyby nigdy nic. Geniusz.
- Ciekawe czemu zostawił tu te poszlaki.
Tą w końcu mądrą uwagą wyrwał mnie z rozmyślań. Albo jest idiotą... Albo po prostu chce się z nami pobawić.

Dom sierżanta


- Devil ! Ile razy mam Ci mówić byś tu nie palił!!
Uniosłem brew i zaciągnąłem się odurzającym dymem. Erwin Canavan. Wysoki, barczysty blondyn o niebieskich oczach. Miał dość kwadratową twarz a usta ciągle miał ściśnięte w jedną kreskę.
- Cholera dajcie mu jakąś popielniczkę bo mi kanapę podpali!
Znajdowałem się w pokoju o zielonych ścianach, drewnianymi meblami i czerwonej kanapie. Przed sobą miałem szklany stół na którym leżały zdjęcia a za chwilę dołączyła popielniczka. Angel siedział sztywno zerkając to na mnie to na Erwina. Dryblas przejechał dłonią po twarzy i spytał:
- Macie coś?
- Nie mamy.
- Pytam poważnie.
- Poważnie odpowiadam.
Zabijaliśmy się wzrokiem, na szczęście Angel odezwał się:
- Znaleźliśmy kilka śladów, wysłałem je już do swojego laboratorium.
- Dobra robota Angel, Devilu O' Carrick Ackerman , rozleniwiłeś się ostatnio
Po nazwiskach. Śśśś nie dobrze.
- Zdaje Ci się.
- No nie wiem, wydajesz się bardziej irytujący niż zazwyczaj.
Uśmiechnąłem się tylko i zgniotłem niedopałek w popielniczce. Sięgnąłem po kolejnego papierosa gdy Erwin nie wytrzymał:
- Wynocha stąd! Obydwaj! I nie wracać mi bez dowodów!!!

Biuro detektywistyczne, wieczór.
Szarpałem się z drzwiami by w końcu się otworzyły. Po cholere mi było tyle zamków i zabezpieczeń? Angel stał zakłopotany za mną i przyglądał się moim poczynaniom. Kopnąłem w drzwi krzycząc na całą kamienicę:
- Kurwa mać !!!
Chłopak westchnął ciężko i delikatnie wyjął mi z dłoni klucze, po czym równie delikatnie, jakbym był ze szkła, odsunął mnie na bok. Po chwili drzwi zostały otworzone. Patrzyłem z niedowierzaniem.
- Cudotwórca normalnie
Angel uśmiechnął się lekko i wycofał.
- To ten... - Zaczął. Potarł kark dłonią wyraźnie zdenerwowany.- Do jutra nie?
- No raczej - Warknąłem po czym dodałem nieco łagodniej.- Wyśpij się, dobranoc.
Zanim zamknąłem drzwi usłyszałem czuły głos:
- Dobranoc.
Potrząsnąłem głową. Czuły? Zdawało mi się. Zdjąłem płaszcz i powiesiłem go na haku. W ciemnościach odnalazłem łazienkę i przebrałem się w rzeczy do spania. Podreptałem do sypialni o ciemno-czerwonym kolorze. Pod wielkim oknem wychodzącym na kolorową od świateł ulicę stało wielkie łóżko. Pościel również była koloru czerwonego. Trochę dalej, w rogu pokoju stało dębowe biurko zapełnione papierzyskami do wypełnienia. Zakląłem cicho i usiadłem przy nim chwytając długopis. Zapaliłem malutką lampkę i zacząłem swoją biurokrację. To będzie długa noc...

Biuro detektywistyczne, gabinet


Siedziałem w swoim gabinecie utrzymanym w kremowych kolorach i piłem kolejną kawę. Otaczały mnie wielkie drewniane szafki na dokumenty. Nie wyspałem się. Do gabinetu wszedł Angel. Od razu zauważyłem, że również nie spał zbyt długo. Położył przede mną wyniki z laboratorium i usiadł obok kładąc mi głowę na ramieniu. Przymknął oczy. Westchnąłem ciężko i zacząłem szybko czytać.
- Jak to brak jakichkolwiek śladów? Jak to brak DNA w butelce?! Niby jak to wypił co?
- Nie mam pojęcia- mruknął i wsadził nos w zagłębienie mojej szyi.
Zamyśliłem się. Jest możliwość, że podrzucił pustą butelkę by nas czymś zająć. Czytałem dalej.
- Czyli z tego wszystkiego udało Ci się ustalić tylko to, że zabójca miał na sobie czarną koszulkę z... - próbowałem rozczytać.
- Nie wysilaj się i tak nie obchodzi nas z jakiego była materiału
Prychnąłem z niezadowoleniem.
- Wiesz że w moim mieszkaniu jest takie coś jak łóżko?
- Yhym...- mruknął przysypiając.
Czyli będę uwięziony na krześle, w swoim gabinecie, ze śpiącym mi na ramieniu bachorem. Wspaniale. Zawsze o tym cholera marzyłem. Nie miałem wyboru. Sięgnąłem po resztę papierów tak by nie obudzić Angela i zacząłem je mozolnie wypełniać.

07.08.2015 o godz. 17:20

***
Niosąc pusty koszyk, różnimy się od maszyn?
***


Metaliczny zapach krwi odurzał. Całe pomieszczenie było skompane w szkarłacie. Wyszarpnęła nóż z bezwładnego ciała mężczyzny i splamioną posoką dłonią odgarnęła pukiel włosów, mieniących się na różne odcienie brązu. Złote oczy były przepełnione strachem. Mimo wszystko trzymała się dzielnie. Choćby świat miał się zawalić. Choćby łzy żłobiły w jej policzkach szare tunele. Choćby nikt jej nie wierzył. Rozejrzała się ostatni raz po brudnych, kamiennych ścianach piwnicy zanim zdecydowała się wstrzymać wzrok na zwłokach. Mężczyzna miał może z 30 lat. Jego twarz zastygła w wyrazie zdziwienia i przerażenia zarazem. Blond włosy były splątane i przybrudzone piachem oraz kurzem, przez co wydawały się ciemniejsze. Mimo zgonu z dziury na piersi wciąż wydobywała się krew. Powoli. Bo już nie musiała się spieszyć. Już nie poganiało jej serce. Spojrzała na oczy. Ach te oczy. Przymglone... Martwe... A kolor?Jagby patrzyła w swoje własne.
-Dobranoc tatusiu
Wyszeptała dziecinnie i przechodząc nad trupem kobiety, leżącej twarzą na podłodze, zgasiła światło. We wszechobecnym mroku dało się słyszeć tylko kapiącą na ziemię krew. Nie. Nie tylko to. Było coś jeszcze. Coś nieznanego. Dyszącego ciepłym, obrzydliwym powietrzem w kark. Tego nie zagłuszy nawet bijące serce tłuczące o żebra i krew pulsująca w uszach. To jest zbyt głośne. A wiecie co przeraża mnie najbardziej? Że tego nie słychać...

02.08.2015 o godz. 20:10
Natalia-O-Carrik
Zwiadowczy wiedźmin
Skąd: Araluen, Rivia, Kaer Morhen
O mnie: Nazywam się Natalia i mam 17 wiosen. Jestem... człowiekiem. Składającym się z materialnego ciała i podobno niematerialnej duszy. Książki, pisanie, ciężka muzyka, napierdzielanie utopców w wiedźminie i zwiadowcy składają się na moje życie.
statystyki
sekcja użytkownika
Nie pozwól by do Twojej głowy wkradły się wątpliwości, bo Cię zniszczą.